Oglądamy z Ewą filmik z jej jasełkowego występu. Ewa-z-filmu jest na początku trochę stremowana - w pewnym momencie przysłania twarz dłońmi i spogląda w kierunku publiczności zza rozsuniętych lekko palców. Ewa-oglądająca-film obserwuje zafascynowana. W pewnym momencie zaczyna cichutko chichotać i mówi:
Ewa: Dłubię gluta!
Ja (kompletnie nieprzygotowana na taki komentarz): Cooo?
Ewa: Gluta!
I dalej chichocze. Chwilę później zdradza mi jeszcze, że w tym właśnie momencie (Ewa-z-filmu podnosi rękę i dotyka nosa) "lecą smarki".
Lubię różnego rodzaju opowieści zza kulis, ale nie wiem, czy chciałam usłyszeć akurat tę historię:)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złotousta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złotousta. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 grudnia 2016
niedziela, 11 grudnia 2016
Dialogi na cztery nogi
Dawid czyta Ewie książkę:
Dawid: "...po chwili Dory zobaczyła w oddali dwie postacie. To byli jej rodzice! Jenny i Charlie co tchu rzucili się do córki i zamknęli ją w mocnym uścisku. Dory popłakała się ze szczęścia..."
Ewa pociąga nosem.
Dawid: Płaczesz?
Ewa: Smarkam.
Dawid: Aaaa, ok.
Dawid (kontynuuje czytanie): "Dory już wiedziała, co ma robić! Popłynęła z rodzicami do oceanarium i zawołała po waleńsku. Kiedy Nadzieja usłyszała jej zew, przeskoczyła przez mur wraz z Baileyem. Oboje wylądowali przed samym nosem Dory! Bailey namierzył ciężarówkę wiozącą błazenki..." (Bailey jest waleniem białym i używa echolokacji - wyjaśnienie dla tych, którzy nie oglądali bajki;))
Ewa (dotykając dłońmi skroni i mrużąc oczy): Uuuuu-uuu!
Dawid: Robisz echolokację?
Ewa: Tak. Uuuu-uuu!
Dawid: Fajnie. Ja też mogę?
Ewa (lekko zirytowana, że tata wypadł z roli narratora): Może ty czytasz, a ja robię uuu-echolokację!
Dawid: "...po chwili Dory zobaczyła w oddali dwie postacie. To byli jej rodzice! Jenny i Charlie co tchu rzucili się do córki i zamknęli ją w mocnym uścisku. Dory popłakała się ze szczęścia..."
Ewa pociąga nosem.
Dawid: Płaczesz?
Ewa: Smarkam.
Dawid: Aaaa, ok.
Dawid (kontynuuje czytanie): "Dory już wiedziała, co ma robić! Popłynęła z rodzicami do oceanarium i zawołała po waleńsku. Kiedy Nadzieja usłyszała jej zew, przeskoczyła przez mur wraz z Baileyem. Oboje wylądowali przed samym nosem Dory! Bailey namierzył ciężarówkę wiozącą błazenki..." (Bailey jest waleniem białym i używa echolokacji - wyjaśnienie dla tych, którzy nie oglądali bajki;))
Ewa (dotykając dłońmi skroni i mrużąc oczy): Uuuuu-uuu!
Dawid: Robisz echolokację?
Ewa: Tak. Uuuu-uuu!
Dawid: Fajnie. Ja też mogę?
Ewa (lekko zirytowana, że tata wypadł z roli narratora): Może ty czytasz, a ja robię uuu-echolokację!
czwartek, 1 grudnia 2016
Oczywiście, że mistrz
Kiedyś pisałam już o tym, że Ewa jest mistrzem, jeśli chodzi o manipulację swoim ojcem. Dziś kolejny dowód:)
Wieczór. Dzisiaj jest kolej Dawida na kładzenie Ewy, więc ja daję buziaka i powoli zaczynam się ulatniać z pokoju. Jest już dosyć późno, jutro Ewa zaczyna zajęcia o ósmej, więc Dawid próbuje przeforsować ominięcie etapu "czytanie książeczek" i przejście prosto do gaszenia światła. Ewa ma oczywiście inne plany.
Ewa: Książeczkę, książeczkę!
Dawid: Zgasimy od razu światło i tata opowie Ci jakąś fajną bajkę.
Ewa: Książeczkę!
Dawid: Ale jutro trzeba wcześnie wstać, już jest późno...
Ewa: Książeczkę! Może... "Vader i córeczka"...? (błagalne spojrzenie niczym Kot ze Shreka)
Dawid: No... dobrze.
Wie, jaką literaturę wybrać, żeby ojca zmanipulować.
Trafiony-zatopiony.
Wieczór. Dzisiaj jest kolej Dawida na kładzenie Ewy, więc ja daję buziaka i powoli zaczynam się ulatniać z pokoju. Jest już dosyć późno, jutro Ewa zaczyna zajęcia o ósmej, więc Dawid próbuje przeforsować ominięcie etapu "czytanie książeczek" i przejście prosto do gaszenia światła. Ewa ma oczywiście inne plany.
Ewa: Książeczkę, książeczkę!
Dawid: Zgasimy od razu światło i tata opowie Ci jakąś fajną bajkę.
Ewa: Książeczkę!
Dawid: Ale jutro trzeba wcześnie wstać, już jest późno...
Ewa: Książeczkę! Może... "Vader i córeczka"...? (błagalne spojrzenie niczym Kot ze Shreka)
Dawid: No... dobrze.
Wie, jaką literaturę wybrać, żeby ojca zmanipulować.
Trafiony-zatopiony.
Leia: Od dzisiaj robisz, co ci rozkażę, ok?
poniedziałek, 14 listopada 2016
Pełnia
O godzinie 4:17 obudziło mnie gadanie. Gadanie dobiegało z sypialni obok i brzmiało trochę tak, jakby ktoś czytał na głos książkę - taką z narratorem i dialogami. Słowa były trudne do rozróżnienia, ale intonacja i ekspresja jednoznacznie wskazywały na toczące się dyskusje.
Gdyby nie to, że znam już swoją córkę, pomyślałabym, że z kimś rozmawia. Albo coś sobie na głos czyta. Ale czytać jeszcze nie potrafi, o wyimaginowanych przyjaciół ją nie posądzam, a okna i drzwi, mam nadzieję, skutecznie izolują nieproszonych gości.
Robię więc to, co każdy normalny rodzic może zrobić o 4:17, słysząc gadające w pokoju obok dziecko.
IGNORUJĘ.
Gadanie jest jednak na tyle głośne, że sama nie mogę zasnąć.
Jakąś godzinę później, z pokoju obok słychać:
- "Tato! Tato! Tatusiu! Tatuuuusiuuuuu! Tatusiu! Tatusiu-Tatusiu-Tatusiu!!!" (Ewa wie, że jeśli chodzi o nocne nawoływania, to lepiej uderzać do Taty - ja zazwyczaj śpię jak kamień)
Wyskakuję więc z łóżka i zawracam Dawida, który na autopilocie jest już w połowie drogi. Skoro ja nie śpię, to równie dobrze mogę nie spać z Ewą.
Ewa wita mnie z entuzjazmem:
- "Mama! Tutaj będzie Twoja podusia (uklepuje mi miejsce obok siebie), a ta, różowa, jest moja. Będę małym pajączkiem..."
Kładę się i słucham monologu o tym, że pajączki złapały Księżniczkę Poppy, że ja jestem księżniczką, a ona "pajączusiem", że Mruk mnie uratuje, że idziemy na wyprawę... (cała opowieść jest pokłosiem obejrzanej niedawno bajki pod tytułem "Trolle" i naszej wczorajszej zabawy w zawijanie mnie w pajęczą sieć). I tak płynie ta opowieść, pojawiają się kolejni bohaterowie, a słowotok Ewy raz po raz przerywany jest ponaglającym: "głaszcz stópki!".
Nie przerywam głaskania nawet wtedy, kiedy Ewa na dłuższą chwilę cichnie, a ja mam nadzieję, że wreszcie udaje jej się przysnąć. Zerkam spod przymkniętych powiek, żeby sprawdzić - i widzę dwoje wielkich, wpatrzonych we mnie, niebieskich oczu.
Dzisiaj superpełnia księżyca.
(zdjęcie: http://www.gazetawroclawska.pl/wiadomosci/a/superpelnia-ksiezyca-2016-nad-polska-kiedy-ogladac-superksiezyc,11454195/)
Gdyby nie to, że znam już swoją córkę, pomyślałabym, że z kimś rozmawia. Albo coś sobie na głos czyta. Ale czytać jeszcze nie potrafi, o wyimaginowanych przyjaciół ją nie posądzam, a okna i drzwi, mam nadzieję, skutecznie izolują nieproszonych gości.
Robię więc to, co każdy normalny rodzic może zrobić o 4:17, słysząc gadające w pokoju obok dziecko.
IGNORUJĘ.
Gadanie jest jednak na tyle głośne, że sama nie mogę zasnąć.
Jakąś godzinę później, z pokoju obok słychać:
- "Tato! Tato! Tatusiu! Tatuuuusiuuuuu! Tatusiu! Tatusiu-Tatusiu-Tatusiu!!!" (Ewa wie, że jeśli chodzi o nocne nawoływania, to lepiej uderzać do Taty - ja zazwyczaj śpię jak kamień)
Wyskakuję więc z łóżka i zawracam Dawida, który na autopilocie jest już w połowie drogi. Skoro ja nie śpię, to równie dobrze mogę nie spać z Ewą.
Ewa wita mnie z entuzjazmem:
- "Mama! Tutaj będzie Twoja podusia (uklepuje mi miejsce obok siebie), a ta, różowa, jest moja. Będę małym pajączkiem..."
Kładę się i słucham monologu o tym, że pajączki złapały Księżniczkę Poppy, że ja jestem księżniczką, a ona "pajączusiem", że Mruk mnie uratuje, że idziemy na wyprawę... (cała opowieść jest pokłosiem obejrzanej niedawno bajki pod tytułem "Trolle" i naszej wczorajszej zabawy w zawijanie mnie w pajęczą sieć). I tak płynie ta opowieść, pojawiają się kolejni bohaterowie, a słowotok Ewy raz po raz przerywany jest ponaglającym: "głaszcz stópki!".
Nie przerywam głaskania nawet wtedy, kiedy Ewa na dłuższą chwilę cichnie, a ja mam nadzieję, że wreszcie udaje jej się przysnąć. Zerkam spod przymkniętych powiek, żeby sprawdzić - i widzę dwoje wielkich, wpatrzonych we mnie, niebieskich oczu.
Dzisiaj superpełnia księżyca.
(zdjęcie: http://www.gazetawroclawska.pl/wiadomosci/a/superpelnia-ksiezyca-2016-nad-polska-kiedy-ogladac-superksiezyc,11454195/)
wtorek, 30 sierpnia 2016
Szef przemówił
Jak można się zorientować z bloga, Ewa mówi, w miarę dobrze, jak na swój wiek i diagnozę. Ciągle jednak mamy problem z kontaktem wzrokowym - staramy się nad tym pracować, chociaż też bez jakiegoś większego parcia. Poradzono nam kiedyś, żebyśmy podczas rozmowy kładli jej palec na swoim nosie, kiedy się do nas zwraca - dziecko podobno instynktownie podąża wzrokiem za swoim palcem i w ten sposób przypomina sobie, że powinno patrzeć na rozmówcę. Nie robimy obecnie tej sztuczki z palcem zbyt często, ale Ewa przypomina ją sobie i czasami stosuje, kiedy wie, że chcemy, aby dokładnie przekazała jakąś swoją prośbę. I czasami wychodzi to dosyć śmiesznie...:)
Któregoś wieczora siedzimy na kanapie (hmmm, czy Wy też zauważyliście, że większość scenek z naszego życia dzieje się na kanapie? :)) i rozpoczynamy ostatni punkt wieczornego programu, mianowicie, oglądanie bajki. Ewa już wie, że będzie bajka, więc od razu się ożywia. My natomiast wiemy, że jak już bajka zostanie odpalona, to uwaga Gwiazdy skupi się na telewizorze i z jakiegokolwiek dialogu będą nici. Próbuję więc ustalić, co przygotować jej na kolację.
Ja: Ewa, co chcesz na kolację? Może tosty francuskie albo grzanki?
Ewa (patrząc już w stronę nie włączonego ciągle telewizora): Grzanki.
Ja (starając się ją nakierować na odpowiedni komunikat): "Mamo..."
Ewa (patrząc na mnie i pokazując palcem w moją stronę): Mamo... ugotuj... (zamyśla się) upiecz... upiecz... (znowu się zamyśla)
Ja (cicho podpowiadam): Grzanki.
Ewa: ...grzanki. (już chcę zadać pytanie, co w takim razie chce dzisiaj oglądać, ale ona przechodzi płynnie do kolejnego komunikatu, przesuwając jednocześnie palec w stronę Dawida) Tato, podaj pilota!
No, jakbyście się jeszcze zastanawiali, kto tu wydaje polecenia w naszym domu:)
Któregoś wieczora siedzimy na kanapie (hmmm, czy Wy też zauważyliście, że większość scenek z naszego życia dzieje się na kanapie? :)) i rozpoczynamy ostatni punkt wieczornego programu, mianowicie, oglądanie bajki. Ewa już wie, że będzie bajka, więc od razu się ożywia. My natomiast wiemy, że jak już bajka zostanie odpalona, to uwaga Gwiazdy skupi się na telewizorze i z jakiegokolwiek dialogu będą nici. Próbuję więc ustalić, co przygotować jej na kolację.
Ja: Ewa, co chcesz na kolację? Może tosty francuskie albo grzanki?
Ewa (patrząc już w stronę nie włączonego ciągle telewizora): Grzanki.
Ja (starając się ją nakierować na odpowiedni komunikat): "Mamo..."
Ewa (patrząc na mnie i pokazując palcem w moją stronę): Mamo... ugotuj... (zamyśla się) upiecz... upiecz... (znowu się zamyśla)
Ja (cicho podpowiadam): Grzanki.
Ewa: ...grzanki. (już chcę zadać pytanie, co w takim razie chce dzisiaj oglądać, ale ona przechodzi płynnie do kolejnego komunikatu, przesuwając jednocześnie palec w stronę Dawida) Tato, podaj pilota!
No, jakbyście się jeszcze zastanawiali, kto tu wydaje polecenia w naszym domu:)
piątek, 19 sierpnia 2016
Odrobina czułości
Parkujemy pod przedszkolem. Wysiadamy z samochodu i idziemy do furtki. Kiedy mijamy auto zaparkowane obok naszego, Ewa zatrzymuje się, żeby dotknąć znaczka znajdującego się na masce. Nagle coś jej się przypomina. Odwraca się i biegnie w stronę naszego samochodu. Przystaje na wprost maski, dotyka dłonią znaczka, później maski powyżej. Lekko głaszcze.
Ewa: "Pa, Złomku!"
Nie przestanie mnie zadziwiać:)
Ewa: "Pa, Złomku!"
Nie przestanie mnie zadziwiać:)
środa, 17 sierpnia 2016
O konikach polnych
Wieczór, ustalamy z Ewą, jaką bajkę chce oglądać.
Ewa: To może... O konikach polnych!
Dawid: No ale o konikach polnych już oglądaliśmy ostatnio. Dwa razy z rzędu.
Ewa: O konikach polnych.
Dawid: No ale wczoraj było o konikach. Może coś innego?
Ewa: O konikach polnych.
Dawid: To może "Zaplątani"
Ewa: "Spójrz, spadł ostatni liść!" (cytat z bajki... o konikach polnych)
Dawid: To może "Auta"?
Ewa: "Umieram! Umieram!" (kolejny cytat z bajki o konikach polnych:))
Dawid: To może "Alladyn"?
Ewa: Może... (jest nadzieja, jest nadzieja!!!) Może... O konikach polnych!
Uparta jest, nie ma co.
Dla wyjaśnienia, bo pewnie nie wiecie, co to jest za film "o konikach polnych" (aczkolwiek gdybyście spędzili z Ewą więcej czasu, to z pewnością byście wiedzieli - przy czym przez "wiedzieć" rozumiem: znać tytuł, imiona bohaterów, autora muzyki, teksty piosenek - o ile występują, a także garść wybranych cytatów). Otóż to, co wg Ewy jest "filmem o konikach polnych", reszta świata kojarzy jako "Dawno temu w trawie".
Dla tych, którzy nie są zaznajomieni z fabułą (aczkolwiek, jakbyście spędzili z Ewą więcej czasu, to byście byli:)) - film jest disneyowską intepretacją starej bajki o mrówkach i koniku polnych. Główny bohater, mrówka-wynalazca, przez przypadek niszczy zapasy, które mają być przeznaczone na haracz dla koników polnych. Reszta filmu to najpierw próby odkręcenia katastrofy, a później - szukanie sposobów na to, jak by się tu oprawcom postawić.
Ogólnie rzecz biorąc - koniki polne w całej tej historii jednak nie są pozytywnymi bohaterami:)
Staramy się nie zastanawiać za bardzo, dlaczego Ewa właśnie tak postanowiła nazwać ten film.
Trochę nam to też przypomina taką scenę z How I Met Your Mother, w której Barney tłumaczył, że Karate Kid to nie jest ten dzieciak, który trenował z Panem Miyagi, ale ten drugi, ten, który był mistrzem.
Obejrzeliśmy kolejny raz "bajkę o konikach polnych", pełni nadziei, że na jakiś czas będzie spokój.
Nadzieja skończyła się następnego dnia, gdzieś w okolicach godziny piątej rano, kiedy to zostaliśmy obudzeni radosnym: "Spójrz! Spadł ostatni liść!", wykrzyczanym do ucha...:)
Ewa: To może... O konikach polnych!
Dawid: No ale o konikach polnych już oglądaliśmy ostatnio. Dwa razy z rzędu.
Ewa: O konikach polnych.
Dawid: No ale wczoraj było o konikach. Może coś innego?
Ewa: O konikach polnych.
Dawid: To może "Zaplątani"
Ewa: "Spójrz, spadł ostatni liść!" (cytat z bajki... o konikach polnych)
Dawid: To może "Auta"?
Ewa: "Umieram! Umieram!" (kolejny cytat z bajki o konikach polnych:))
Dawid: To może "Alladyn"?
Ewa: Może... (jest nadzieja, jest nadzieja!!!) Może... O konikach polnych!
Uparta jest, nie ma co.
Dla wyjaśnienia, bo pewnie nie wiecie, co to jest za film "o konikach polnych" (aczkolwiek gdybyście spędzili z Ewą więcej czasu, to z pewnością byście wiedzieli - przy czym przez "wiedzieć" rozumiem: znać tytuł, imiona bohaterów, autora muzyki, teksty piosenek - o ile występują, a także garść wybranych cytatów). Otóż to, co wg Ewy jest "filmem o konikach polnych", reszta świata kojarzy jako "Dawno temu w trawie".
Dla tych, którzy nie są zaznajomieni z fabułą (aczkolwiek, jakbyście spędzili z Ewą więcej czasu, to byście byli:)) - film jest disneyowską intepretacją starej bajki o mrówkach i koniku polnych. Główny bohater, mrówka-wynalazca, przez przypadek niszczy zapasy, które mają być przeznaczone na haracz dla koników polnych. Reszta filmu to najpierw próby odkręcenia katastrofy, a później - szukanie sposobów na to, jak by się tu oprawcom postawić.
Ogólnie rzecz biorąc - koniki polne w całej tej historii jednak nie są pozytywnymi bohaterami:)
Trochę nam to też przypomina taką scenę z How I Met Your Mother, w której Barney tłumaczył, że Karate Kid to nie jest ten dzieciak, który trenował z Panem Miyagi, ale ten drugi, ten, który był mistrzem.
Obejrzeliśmy kolejny raz "bajkę o konikach polnych", pełni nadziei, że na jakiś czas będzie spokój.
Nadzieja skończyła się następnego dnia, gdzieś w okolicach godziny piątej rano, kiedy to zostaliśmy obudzeni radosnym: "Spójrz! Spadł ostatni liść!", wykrzyczanym do ucha...:)
czwartek, 11 sierpnia 2016
Po angielsku
Bo z Ewą to jest tak, że można zadawać to samo pytanie dziesiątki razy i nigdy nie doczekać się reakcji - po czym któregoś dnia po prostu na to pytanie odpowie, zupełnie, jak gdyby robiła to zawsze (pytanie "a co tam dzisiaj robiłaś w przedszkolu" zadaję jej odkąd do tego przedszkola poszła, a dopiero wczoraj doczekałam się odpowiedzi). I nie dziwi nas w zasadzie, że ona potrafi coś powiedzieć albo że coś wie - bardziej to, że wreszcie postanowiła do nas przemówić.
Dzisiaj wieczorem Dawid poprosił Ewę, żeby zaśpiewała piosenkę, której nauczyła się na angielskim. Nie spodziewaliśmy się fajerwerków:) A tymczasem Ewa postanowiła nam tę piosenkę zaśpiewać (no, to była raczej melorecytacja, jeśli mam być precyzyjna, ale kto by się tam przejmował). Po angielsku. I ZROZUMIELIŚMY KAŻDE SŁOWO.
"Knock, knock, knock,
what's in the box?
One... Two... Three...
Open the box!
Helloooo!"
A szczególnie dumna jestem z wymowy "two". Ja tak ładnie nie potrafię wymówić "two". Dołączam "two" do listy angielskich słówek, które uwielbiam słuchać w wykonaniu Ewy (na liście jest już "fairy" - słówko, którego Ewa nauczyła się z jakiejś aplikacji na iPadzie).
Rozumienie tego, co Ewa mówi, było coraz łatwiejsze, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że teraz będzie trzeba najpierw domyślić się, w jakim języku mówi:)
Dzisiaj wieczorem Dawid poprosił Ewę, żeby zaśpiewała piosenkę, której nauczyła się na angielskim. Nie spodziewaliśmy się fajerwerków:) A tymczasem Ewa postanowiła nam tę piosenkę zaśpiewać (no, to była raczej melorecytacja, jeśli mam być precyzyjna, ale kto by się tam przejmował). Po angielsku. I ZROZUMIELIŚMY KAŻDE SŁOWO.
"Knock, knock, knock,
what's in the box?
One... Two... Three...
Open the box!
Helloooo!"
A szczególnie dumna jestem z wymowy "two". Ja tak ładnie nie potrafię wymówić "two". Dołączam "two" do listy angielskich słówek, które uwielbiam słuchać w wykonaniu Ewy (na liście jest już "fairy" - słówko, którego Ewa nauczyła się z jakiejś aplikacji na iPadzie).
Rozumienie tego, co Ewa mówi, było coraz łatwiejsze, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że teraz będzie trzeba najpierw domyślić się, w jakim języku mówi:)
wtorek, 7 czerwca 2016
Raz po raz
Siedzimy w trójkę na kanapie. Pomiędzy nami - miseczka z pokrojonym przez Dawida arbuzem. Ewa czyta książkę, raz po raz nabija na widelec kawałek arbuza i nie odrywając wzroku od kartki wkłada go sobie do ust. Dawid siedzi naprzeciwko z chusteczką w dłoni i raz po raz wyciera sok, który kapie Ewie z brody. Ja leżę obok i raz po raz, jak nikt nie patrzy, podbieram kawałek arbuza.
Tak nam mija, w milczeniu, jakieś pięć minut. Zawartość miseczki powoli się kończy.
Dawid: "I co Ewa, kto jest takim wielkim żarłokiem?"
Ewa: "MA-MU-SIA!"
Oni to trenują, czy co? :)
Tak nam mija, w milczeniu, jakieś pięć minut. Zawartość miseczki powoli się kończy.
Dawid: "I co Ewa, kto jest takim wielkim żarłokiem?"
Ewa: "MA-MU-SIA!"
Oni to trenują, czy co? :)
niedziela, 22 maja 2016
Muzycznie
Leniwe niedzielne popołudnie. Siedzimy sobie na kanapie, Ewa z nami, chociaż czymś tam zajęta w kącie. W radiu leci "Streets of Philadelphia".
Dawid: "Nigdy nie pamiętam, kto to śpiewa."
Ja: "Bruce Springsteen."
Dawid: "No właśnie, też tak zawsze myślę. Ale potem zaczynam się zastanawiać, że to może jednak jest Chris Rea... Albo Chris Isaak..."
Ewa: "Albo KRISTOFF..."
Jej skojarzenia są jednak jeszcze nieco ograniczone...:)
Dawid: "Nigdy nie pamiętam, kto to śpiewa."
Ja: "Bruce Springsteen."
Dawid: "No właśnie, też tak zawsze myślę. Ale potem zaczynam się zastanawiać, że to może jednak jest Chris Rea... Albo Chris Isaak..."
Ewa: "Albo KRISTOFF..."
Jej skojarzenia są jednak jeszcze nieco ograniczone...:)
Bibliofilka
Czytamy "Maks dba o zdrowie". Z tyłu, na okładce, są wymienione inne książeczki z serii. Ewa analizuje dokładnie każdą z pozycji, po czym zrywa się nagle z kanapy i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z butami w ręku.
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do biblioteki po książeczki!"
Ja: "Wiesz, o tej porze biblioteka jest już zamknięta"
Ewa: *płacz*
Ja: "Ale popatrz, tu na okładce jest adres sklepu, mama wieczorem wejdzie do internetu i zamówi dla Ciebie Maksa, a za kilka dni Pan Listonosz go dla ciebie przyniesie. Co ty na to?"
Ewa wydaje się usatysfakcjonowana tym tłumaczeniem, wstaję więc i idę do kuchni po coś do picia. Po kilku minutach przychodzi Ewa, tym razem buty ma już na nogach i wydaje się być gotowa do wyjścia. Pytam więc znowu:
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do internetu po książeczki!"
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do biblioteki po książeczki!"
Ja: "Wiesz, o tej porze biblioteka jest już zamknięta"
Ewa: *płacz*
Ja: "Ale popatrz, tu na okładce jest adres sklepu, mama wieczorem wejdzie do internetu i zamówi dla Ciebie Maksa, a za kilka dni Pan Listonosz go dla ciebie przyniesie. Co ty na to?"
Ewa wydaje się usatysfakcjonowana tym tłumaczeniem, wstaję więc i idę do kuchni po coś do picia. Po kilku minutach przychodzi Ewa, tym razem buty ma już na nogach i wydaje się być gotowa do wyjścia. Pytam więc znowu:
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do internetu po książeczki!"
środa, 11 maja 2016
Słowotwórczo
Na zakupach. Stoimy przed wielkim regałem z sokami.
Dawid: "Ewa, jaki chcesz smak soku? Jabłkowy? Pomarańczowy? Winogronowy...?"
Ewa: "BARBIOWY!!!"
(Nie, to nie jest kryptoreklama jakby co:))
Dawid: "Ewa, jaki chcesz smak soku? Jabłkowy? Pomarańczowy? Winogronowy...?"
Ewa: "BARBIOWY!!!"
(Nie, to nie jest kryptoreklama jakby co:))
sobota, 7 maja 2016
Bystrzak
Długi weekend majowy minął nam na leczeniu przeziębienia – u
mnie i u Ewy. Katar lał się strumieniami, gdzieś w okolicach poniedziałku nasze
zapasy chusteczek spadły poniżej poziomu optymalnego (który wynosi: po jednym
pudełku w każdej sypialni, koło kanapy, na stole w salonie, w kuchni, w
łazience + 2 pudełka zapasowe). We wtorek rano weszliśmy w stan „niepokojący” –
pudełek mieliśmy już mniej niż punktów, w których powinny się znajdować.
Wieczorem liczba pudełek osiągnęła stan krytyczny – zostały nam tylko dwa,
które co chwilę gdzieś przenosiliśmy. W środę pojechałyśmy do Biedronki po
zapasy, bo jeszcze dzień zwłoki i zostałby nam tylko papier toaletowy.
Katar był naszym głównym objawem, więc podstawą naszego
leczenia było częste czyszczenie i nawilżanie nosa, a także inhalacje olejkami
eterycznymi. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że Ewa wprost kocha moczyć
się w wannie – w dzień, w który nigdzie nie wychodzi, mogłaby do tej wanny
pakować się ze cztery razy. I na to jej pozwalaliśmy – za każdym razem, kiedy
naszła jej na to ochota, napełnialiśmy małą wanienkę ciepłą wodą, do tego kilka
kropel olejków i niech się moczy do woli – smarki leciały wtedy szeeeerooookim
strumieniem. Dawid porobił zapasy w poniedziałek i miałyśmy chyba z sześć
różnych olejków do wyboru.
No i stoją tak te buteleczki z olejkami w łazience od
tygodnia. Na wierzchu, bo nie wiadomo, kiedy znowu będą potrzebne.
W czwartek rano Ewa już czuła się ok, więc postanowiłyśmy
pojechać na zajęcia i później do przedszkola. Wstajemy więc rano i jak to
zwykle rano bywa – poranne zamieszanie.
I nagle słyszę ten dźwięk. Podejrzany *PLUSK*.
Podobno to jeden z bardziej stresujących dźwięków, które rodzic małego dziecka
może usłyszeć. Lecę więc do łazienki i widzę Gwiazdę stojącą nad ubikacją i
gapiącą się w jej otchłań.
O nie – myślę sobie – coś tam utopiła.
Podchodzę i widzę – odkręcony olejek pływający w muszli. Z
ubikacji powoli zaczyna ulatniać się woń tymianku. Gwiazda chyba duma, co dalej
z tym fantem zrobić.
Ja: „I co ja mam teraz zrobić? Jak ja to mam teraz
wyciągnąć?!” pytam.
Ewa podnosi do góry palec i z tryumfującym uśmiechem małego
odkrywcy/racjonalizatora/bohatera-swojego-domu: „A może zawołamy Mysi
Sprzęt*?!”
Ostatecznie wyciągnęłam ręką:)
*) Mysi Sprzęt – dla tych, którzy nie oglądają „Klubu
Przyjaciół Myszki Miki”, to taki gadżet/postać, która przylatuje, jak jest
jakiś problem, i oferuje do wyboru kilka sprzętów/narzędzi, które można jakoś
do rozwiązania tego problemu wykorzystać. Wygląda tak:
Zachwyt
Leżymy przed snem. Ewa ma katar, który przeszkadza jej w
zasypianiu, więc żeby jej pomóc – głaszczę ją po twarzy. Delikatnie, leciutko
wodzę opuszkami po jej czole, nosie, policzkach i brodzie. Powoli się uspokaja,
wycisza, oddech się wyrównuje.
„Giiiiteeeees” mówi
nagle rozmarzonym głosem.
Nie ma to jak zadowolony klient:)
środa, 4 maja 2016
wtorek, 3 maja 2016
Słowotwórstwo
Dawid i Ewa siedzą na kanapie i rozmawiają o Rybce Mini Mini, która przebiera się za różne osoby - za pirata albo za Indianina... Nagle Dawid zrywa się i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z malowniczo udrapowanym na głowie szalikiem Legii Warszawa (nie wiem ciągle, czy to miał być pióropusz czy chustka pirata?:)).
Dawid: "Ewa, a kim ja jestem?"
Ewa: (myśli chwilę) "Legianinem!"
Dawid: "Ewa, a kim ja jestem?"
Ewa: (myśli chwilę) "Legianinem!"
A co do samej Legii - zapytana wczoraj, kto wygra finał Pucharu Polski, odpowiedziała (dwa razy!), że Lech. Obstawiam, że to była taka jej pokrętna taktyka - żeby w razie czego móc poszczycić się dobrze obstawionym wynikiem meczu:)
Skutki odpowiedniej motywacji
Z dzisiejszego wypadu do sklepu przynieśli malutką paczuszkę herbatników. Ewa wszelkie słodycze zjada z odpowiednim namaszczeniem, toteż cztery ciastka zajęły jej prawie całe popołudnie.
Przy ciastku numer trzy Dawid rzucił: "Dobrze, tata da ci ciasteczko, ale powiedz najpierw jakiś wierszyk".
Ewa lekko skonsternowana, jak w sumie każdy, kto nagle zostaje zaskoczony taką prośbą.
Podpowiadam więc pierwsze słowa wierszyka, który przychodzi mi do głowy: "Mam trzy latka...". Wiem, że jeśli dobrnie do "trzy i pół", to Dawid jej to zadanie zaliczy, a jak powie jeszcze "brodą sięgam ponad stół", to będzie sukces. Ewa wierszyków nie mówi, jeśli już, to kończy pojedyncze wersy.
A tymczasem Gwiazda zaczyna mówić. Ze wzrokiem utkwionym w podłodze spokojnie wypowiada najpierw te, a później kolejne wersy. Nam natomiast z każdym kolejnym szczęki opadają coraz niżej.
Powiedziała cały wierszyk, bez potknięcia.
Dla tych, którzy nie znają:
Jakiś kwadrans później podchodzi do Dawida i bez słowa wstępu zaczyna: "Wlazł kotek na płotek i mruga..." :)
Przy ciastku numer trzy Dawid rzucił: "Dobrze, tata da ci ciasteczko, ale powiedz najpierw jakiś wierszyk".
Ewa lekko skonsternowana, jak w sumie każdy, kto nagle zostaje zaskoczony taką prośbą.
Podpowiadam więc pierwsze słowa wierszyka, który przychodzi mi do głowy: "Mam trzy latka...". Wiem, że jeśli dobrnie do "trzy i pół", to Dawid jej to zadanie zaliczy, a jak powie jeszcze "brodą sięgam ponad stół", to będzie sukces. Ewa wierszyków nie mówi, jeśli już, to kończy pojedyncze wersy.
A tymczasem Gwiazda zaczyna mówić. Ze wzrokiem utkwionym w podłodze spokojnie wypowiada najpierw te, a później kolejne wersy. Nam natomiast z każdym kolejnym szczęki opadają coraz niżej.
Powiedziała cały wierszyk, bez potknięcia.
Dla tych, którzy nie znają:
Jakiś kwadrans później podchodzi do Dawida i bez słowa wstępu zaczyna: "Wlazł kotek na płotek i mruga..." :)
piątek, 29 kwietnia 2016
Pasta do zębów
Gdzieś tak pod koniec zeszłego roku udało nam się wreszcie nauczyć Ewę wypluwać pastę do zębów, przyszedł więc czas na kupienie "poważnej" pasty z fluorem, takiej dla starszych dzieci. I tutaj pojawił się problem - Ewa za nic nie chciała wziąć jej do ust. Przekonywaliśmy na wszystkie sposoby - pokazywaliśmy, jaki to ciekawy obrazek jest na tubce, że pasta ma fajny kolor, ładnie pachnie. Tata wymył sobie nią zęby, później Mama. Nic nie działało.
Cóż było zrobić - przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną - tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na "trendy" obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo...
Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.
Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.
Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne... Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.
Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne...
W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: "A, zaszaleję!". Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.
Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. "O, wiewiórka!" - mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. "Niebieska!" Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby... :)
Cóż było zrobić - przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną - tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na "trendy" obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo...
Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.
Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.
Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne... Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.
Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne...
W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: "A, zaszaleję!". Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.
Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. "O, wiewiórka!" - mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. "Niebieska!" Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby... :)
czwartek, 21 kwietnia 2016
Pytania retoryczne
Poranne zamieszanie. Ewa je śniadanie, ja postanawiam wymknąć się do łazienki na szybki prysznic. W tle lecą standardowe poranne "hipciory".
Po chwili wracam do salonu i widzę Gwiazdę siedzącą na kanapie i gapiącą się w telewizor, który jakimś cudem jest włączony. Cudem, bo pilot od telewizora leży wysoko, a pilotem od wieży teoretycznie można włączyć telewizor (ale tylko włączyć, kanałów zmienić nie można), ale nie jest to proste. Mnie się chyba nigdy nie udało:)
Ja: "A to co ma być?!" pytam wskazując na telewizor. Ewa dobrze wie, że jest to sprzęt odpalany u nas tylko wieczorem, w porze bajek.
Ewa: "Play!"
No i rację miała Mała Mądrala - bo akurat leciała reklama jej ulubionej sieci komórkowej.
A ja muszę pamiętać, że zadawanie jej pytań retorycznych nie jest dobrym pomysłem:)
Po chwili wracam do salonu i widzę Gwiazdę siedzącą na kanapie i gapiącą się w telewizor, który jakimś cudem jest włączony. Cudem, bo pilot od telewizora leży wysoko, a pilotem od wieży teoretycznie można włączyć telewizor (ale tylko włączyć, kanałów zmienić nie można), ale nie jest to proste. Mnie się chyba nigdy nie udało:)
Ja: "A to co ma być?!" pytam wskazując na telewizor. Ewa dobrze wie, że jest to sprzęt odpalany u nas tylko wieczorem, w porze bajek.
Ewa: "Play!"
No i rację miała Mała Mądrala - bo akurat leciała reklama jej ulubionej sieci komórkowej.
A ja muszę pamiętać, że zadawanie jej pytań retorycznych nie jest dobrym pomysłem:)
piątek, 8 kwietnia 2016
Dawid, nie czytaj!
Jedziemy rano windą do garażu - Ewa i ja.
Ewa: "Pojedziemy Złomkiem!"
Samochód kupiliśmy zaledwie kilka miesięcy temu. Wprawdzie był używany, ale chyba nie aż tak...? :)
[aktualizacja 2016-04-11: dzisiaj Ewa nazwała "Zygzakiem" jadące pasem obok czerwone Daewoo Tico. Jej sposób kategoryzacji samochodów jest jednak nieco specyficzny i w zasadzie sprowadza się tylko do koloru lakieru:))]
Ewa: "Pojedziemy Złomkiem!"
Samochód kupiliśmy zaledwie kilka miesięcy temu. Wprawdzie był używany, ale chyba nie aż tak...? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








