Pewnego dnia przyniosłam do domu siatkę z zakupami. Siatka była efektem moich wojaży po sklepach, mających na celu uzupełnienie braków w naszej letniej garderobie (a które skończyły się jak zwykle, czyli zakupami w rozmiarze 104).
Ewa dopadła mnie już przy drzwiach i zajrzała do torby.
"Henio!" - zawołała.
"Jaki Henio?!" - mruknęłam do siebie pod nosem, Ewa natomiast w tym momencie miała go już na głowie. Kapelutek, który kupiłam, bo tak pociesznie uśmiechał się do mnie z wieszaka. Do celów praktycznych kupiłam również normalną, materiałową czapkę, zakładając, że kapelutek nie przypadnie Gwieździe do gustu.
Dzisiaj nawet nie pamiętam, jakiego koloru jest tamta czapka - Ewa nigdy jej nie założyła. Po co, skoro jest Henio?
Próbowaliśmy z Dawidem dociec, skąd wzięło się to imię. Ewa póki co na ten temat milczy. Henio to Henio, po prostu. Nasze prywatne dochodzenie wykazało, że jedyny "Henio", jakiego Ewa może znać, to "Henio Tulistworek" z jednej z piosenek dziecięcych, które czasami u nas lecą. Ale Ewa nigdy nie oglądała bajki, z której ta piosenka pochodzi, więc nie wie, jak tamten Henio wygląda. Co więcej, googlaliśmy tę bajkę i tamten nijak do naszego Henia nie jest podobny...
Czwartkowe przedpołudnie spędziliśmy na placu zabaw przy AWF. Siedzimy sobie na kocyku rozłożonym na trawie i obserwujemy Gwiazdę.
Ja: "Śmisznie wygląda z tym Heniem na głowie. Tylko czemu założyła go tył naprzód?"
Dawid: "No jak to czemu, to przecież oczywiste. Żeby mieć oczy z tyłu głowy."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 31 maja 2016
niedziela, 22 maja 2016
Bibliofilka
Czytamy "Maks dba o zdrowie". Z tyłu, na okładce, są wymienione inne książeczki z serii. Ewa analizuje dokładnie każdą z pozycji, po czym zrywa się nagle z kanapy i biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca z butami w ręku.
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do biblioteki po książeczki!"
Ja: "Wiesz, o tej porze biblioteka jest już zamknięta"
Ewa: *płacz*
Ja: "Ale popatrz, tu na okładce jest adres sklepu, mama wieczorem wejdzie do internetu i zamówi dla Ciebie Maksa, a za kilka dni Pan Listonosz go dla ciebie przyniesie. Co ty na to?"
Ewa wydaje się usatysfakcjonowana tym tłumaczeniem, wstaję więc i idę do kuchni po coś do picia. Po kilku minutach przychodzi Ewa, tym razem buty ma już na nogach i wydaje się być gotowa do wyjścia. Pytam więc znowu:
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do internetu po książeczki!"
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do biblioteki po książeczki!"
Ja: "Wiesz, o tej porze biblioteka jest już zamknięta"
Ewa: *płacz*
Ja: "Ale popatrz, tu na okładce jest adres sklepu, mama wieczorem wejdzie do internetu i zamówi dla Ciebie Maksa, a za kilka dni Pan Listonosz go dla ciebie przyniesie. Co ty na to?"
Ewa wydaje się usatysfakcjonowana tym tłumaczeniem, wstaję więc i idę do kuchni po coś do picia. Po kilku minutach przychodzi Ewa, tym razem buty ma już na nogach i wydaje się być gotowa do wyjścia. Pytam więc znowu:
Ja: "Ewa, gdzie idziesz?"
Ewa: "Do internetu po książeczki!"
piątek, 29 kwietnia 2016
Pasta do zębów
Gdzieś tak pod koniec zeszłego roku udało nam się wreszcie nauczyć Ewę wypluwać pastę do zębów, przyszedł więc czas na kupienie "poważnej" pasty z fluorem, takiej dla starszych dzieci. I tutaj pojawił się problem - Ewa za nic nie chciała wziąć jej do ust. Przekonywaliśmy na wszystkie sposoby - pokazywaliśmy, jaki to ciekawy obrazek jest na tubce, że pasta ma fajny kolor, ładnie pachnie. Tata wymył sobie nią zęby, później Mama. Nic nie działało.
Cóż było zrobić - przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną - tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na "trendy" obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo...
Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.
Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.
Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne... Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.
Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne...
W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: "A, zaszaleję!". Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.
Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. "O, wiewiórka!" - mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. "Niebieska!" Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby... :)
Cóż było zrobić - przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną - tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na "trendy" obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo...
Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.
Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.
Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne... Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.
Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne...
W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: "A, zaszaleję!". Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.
Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. "O, wiewiórka!" - mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. "Niebieska!" Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby... :)
poniedziałek, 14 marca 2016
Fascynacji kosmosem ciąg dalszy
" Pójdziemy do sklepu dla kosmonauty i kupimy kosmos!"
Córka chyba nieco przecenia nasze możliwości finansowe...
PS. Teraz można czytać bloga również za pomocą Bloglovin :)
czwartek, 18 lutego 2016
Katalogi
Odkąd pamiętam, jedną z ulubionych czynności Ewy było przeglądanie różnego rodzaju katalogów. Zaczęło się od słynnego katalogu Ikei, później doszedł katalog z Juli (oba w ilościach hurtowych przywożone przez Dziadka Grzegorza). Na bieżąco - gazetki z Biedronki. Uwielbiane przez Ewę katalogi z artykułami do szkół i przedszkoli, które przywiozła Babcia Ola. Natomiast hitem tych Świąt był katalog z Lego, który wraz z gwiazdkowym prezentem przywieźli Babcia Jadzia i Dziadek Sławek (Babcia Jadzia, znając Ewę, specjalnie poprosiła o niego w sklepie!). Hitem chyba większym, niż sam prezent:) Do kategorii "katalogi" zakwalifikować pewnie można zestawienia książeczek publikowanych przez dane wydawnictwo, które często umieszczane są na okładkach. To jest dla Ewy jeden z najważniejszych elementów danej książki - a z mikroskopijnych zdjęć okładek potrafi wyłuskać postaci, które stoją tam gdzieś na trzecim planie i nikt nigdy nie zwróciłby na nie uwagi:)
Ostatnio przy okazji przeglądania różnego rodzaju katalogów zaczęło pojawiać się u Ewy słowo, którego coraz bardziej się boję.
"Kupimy?"
"Kupimy, KUPIMY, zgoda?!!"
Ostatnio przy okazji przeglądania różnego rodzaju katalogów zaczęło pojawiać się u Ewy słowo, którego coraz bardziej się boję.
"Kupimy?"
"Kupimy, KUPIMY, zgoda?!!"
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Jogurt:)
Właśnie rozpoczęliśmy produkcję jogurtu z kaszy jaglanej:) Niby nie jest to takie trudne, jak się wydaje, ale jednak trochę zachodu z tym mieliśmy. Największy problem - skąd wziąć bakterie do jogurtu? Gdyby to był normalny jogurt, na mleku, to nie ma problemu - kupuje się jogurt i z niego wyrabia się więcej jogurtu. Ale nasz miał być bezmleczny, więc trzeba było zdobyć same bakterie, bez jogurtowego dodatku:) Na szczęście "Google prawdę ci powie" - znalazłam jakiś stacjonarny sklep w Warszawie, żeby nie musieć za długo czekać. Nabyliśmy też ustrojstwo zwane jogurtownicą, żeby odpowiednią temperaturę dla namnażających się bakterii trzymało.
Swoją drogą, sam proces przygotowywania jogurtu to cała seria zaleceń, "co bakterie lubią", a "czego bakterie nie lubią". A więc: bakterie lubią, jak je wrzucać do paćki z kaszy o temperaturze 40 stopni. DOKŁADNIE 40 STOPNI. Przy czym - nie można podgrzać paćki po prostu do tych 40 stopni, o nie! Najpierw trzeba podgrzać do 80. Później ostudzić (co wiąże się z bieganiem co chwila do kuchni i mierzeniem temperatury, żeby było DOKŁADNIE 40 STOPNI). A jak już się wrzuci bakterie do tej paćki, to nie można ich od tak zamieszać, nie! Trzeba mieszać drewnianą lub plastikową łyżką. Nie metalową, bo metalu bakterie nie lubią. I szukaj tu człowieku plastikową lub drewnianą łyżkę (kiedy wszystkie tego typu ustrojstwa dawno już zostały gdzieś wyniesione i zgubione przez Gwiazdę Naszą Najjaśniejszą). Później trzeba upchnąć paćkę w tych słoiczkach, co to je widać na zdjęciu wyżej (ale nie metalową łyżką! żeby nie było za łatwo). Dalej już powinno być z górki - trzeba włączyć ustrojstwo i czekać 6h, później powyciągać słoiczki, włożyć je do lodówki i znowu czekać 6h. Podczas tych pierwszych 6h nie można tego ustrojstwa ruszać, bo bakterie bardzo nie lubią, jak się nimi potrząsa. Strasznie humorzaste te bakterie...
We wszystkich przepisach na jogurt, które czytałam, brakowało mi jedynie komentarza, że cały proces powinien odbywać się podczas pełni księżyca, przy śpiewie dwunastu bosonogich dziewic:)
No nic, zobaczymy jutro, czy to w ogóle jadalne będzie:)
(bibliografia: Smakoteriapia, Mariola Białołęcka, Metadieta)
Swoją drogą, sam proces przygotowywania jogurtu to cała seria zaleceń, "co bakterie lubią", a "czego bakterie nie lubią". A więc: bakterie lubią, jak je wrzucać do paćki z kaszy o temperaturze 40 stopni. DOKŁADNIE 40 STOPNI. Przy czym - nie można podgrzać paćki po prostu do tych 40 stopni, o nie! Najpierw trzeba podgrzać do 80. Później ostudzić (co wiąże się z bieganiem co chwila do kuchni i mierzeniem temperatury, żeby było DOKŁADNIE 40 STOPNI). A jak już się wrzuci bakterie do tej paćki, to nie można ich od tak zamieszać, nie! Trzeba mieszać drewnianą lub plastikową łyżką. Nie metalową, bo metalu bakterie nie lubią. I szukaj tu człowieku plastikową lub drewnianą łyżkę (kiedy wszystkie tego typu ustrojstwa dawno już zostały gdzieś wyniesione i zgubione przez Gwiazdę Naszą Najjaśniejszą). Później trzeba upchnąć paćkę w tych słoiczkach, co to je widać na zdjęciu wyżej (ale nie metalową łyżką! żeby nie było za łatwo). Dalej już powinno być z górki - trzeba włączyć ustrojstwo i czekać 6h, później powyciągać słoiczki, włożyć je do lodówki i znowu czekać 6h. Podczas tych pierwszych 6h nie można tego ustrojstwa ruszać, bo bakterie bardzo nie lubią, jak się nimi potrząsa. Strasznie humorzaste te bakterie...
We wszystkich przepisach na jogurt, które czytałam, brakowało mi jedynie komentarza, że cały proces powinien odbywać się podczas pełni księżyca, przy śpiewie dwunastu bosonogich dziewic:)
No nic, zobaczymy jutro, czy to w ogóle jadalne będzie:)
(bibliografia: Smakoteriapia, Mariola Białołęcka, Metadieta)
sobota, 18 października 2014
sobota, 9 marca 2013
Z nogami w górze:)
Jeszcze w środę moim największym "okołocytrynowym" problemem był ten z nerwem kulszowym w prawej nodze. Z dnia na dzień autentycznie było coraz gorzej i w pewnym momencie miałam problem z przejściem do łazienki. O staniu na prawej nodze nie było mowy, ubranie spodni czy rajstop nagle stało się problemem, ba, bolało nawet schodzenie ze schodów ruchomych! Ale w środę pojechaliśmy na comiesięczną wizytę do pani, która prowadzi ciążę i okazało się, że Cytryna postanowiła matce ulżyć (albo też zaczęło jej się tam w środku nudzić) i skierować się ku wyjściu. No i zarządzono mi minimum dwa tygodnie leżenia, "bo jak nie, to w każdej chwili może pani urodzić". No to leżę. I zasysam. Wytrzymać musimy minimum te dwa tygodnie, później na upartego Cytryna może się już rodzić.
No i załapałam fobię, że jesteśmy totalnie nieprzygotowani. Bo torbę do szpitala można teoretycznie spakować w 10 minut, ja mogę rodzić w starym podkoszulku, no ale przecież nie mamy w co tej Cytryny później ubrać. Teoretycznie ubranka można kupić w każdej chwili, ale trzeba przecież jeszcze je poprać. Już miałam wizję, że w trybie nagłym jadę na porodówkę, a moją jedyną myślą jest ta, że ubranka niepoprane. Że odsyłam Dawida, żeby ubranka poprał. I że ja rodzę, a Dawid w mieszkaniu siedzi i patrzy jak się te wszystkie śpioszki suszą. Paranoja:) Tak mnie ta cała wizja zestresowała (a jak mam dużo wolnego czasu, to takie scenariusze same mi się w głowie tworzą), że dziś wysłałam Dawida do sklepu w celu nabycia podstawowego zestawu śpioszków w rozmiarze najmniejszym. Dawid załatwił całą sprawę w trybie ekspresowym (ze mną to by trwało chyba pięć razy dłużej:)). Zaraz będziemy nastawiać pralkę:)
poniedziałek, 25 lutego 2013
Obrastamy w piórka
W niedzielę odbyliśmy kolejną wycieczkę po sklepach w celu ogarnięcia logistyki okołocytrynowej. Do domu wróciliśmy z dwiema gigantycznymi siatami pełnymi kocyków, pościeli, gadżetów do kąpieli i karmienia. Wydaliśmy - znów - majątek, a nawet nie próbowaliśmy kupować ubrań (bo kto to może wiedzieć, w jakim rozmiarze będzie Ewa zaraz po narodzinach?) :) Kto by pomyślał, że takie małe coś potrzebuje tyle sprzętów...:)
A sama zainteresowana wierci się właśnie i kopie. Dzisiaj w nocy miałam nawet sen, że tak wyciągnęła jedną rękę, że aż wyciągnęła ją poza brzuch i mogłam ją za tę rękę złapać. Po głębszej analizie stwierdzam, że coraz bardziej przypomina to sceny z "Obcego". Zaczynam się bać.
Dzisiaj wieczorem mamy szkołę rodzenia - tydzień trzeci. I NARESZCIE nauczymy się czegoś POŻYTECZNEGO. W ramach odmiany od masakrycznych ćwiczeń, po których trzy dni miałam problemy ze zrobieniem kroku. Mianowicie - dzisiaj Dawid ma zgłębiać techniki masażu obolałych pleców swojej kochanej żony:))
A sama zainteresowana wierci się właśnie i kopie. Dzisiaj w nocy miałam nawet sen, że tak wyciągnęła jedną rękę, że aż wyciągnęła ją poza brzuch i mogłam ją za tę rękę złapać. Po głębszej analizie stwierdzam, że coraz bardziej przypomina to sceny z "Obcego". Zaczynam się bać.
Dzisiaj wieczorem mamy szkołę rodzenia - tydzień trzeci. I NARESZCIE nauczymy się czegoś POŻYTECZNEGO. W ramach odmiany od masakrycznych ćwiczeń, po których trzy dni miałam problemy ze zrobieniem kroku. Mianowicie - dzisiaj Dawid ma zgłębiać techniki masażu obolałych pleców swojej kochanej żony:))
niedziela, 17 lutego 2013
Cytrynowy pokój
Już prawie dwa miesiące do "godziny 0", więc trzeba było ogarnąć kwestię cytrynowego pokoju. Na pomoc sprowadziliśmy posiłki, które to przyjechały we wtorek wieczorem w celu pomalowania ścian. Posiłki pracowały dzielnie, wspierane przez nas psychicznie wieczorami:) Niestety nie obyło się bez drobnych problemów - szpachla, którą kupiliśmy była średniej jakości, więc następnego dnia Filip musiał ją wydłubać i zaszpachlować na nowo, co oczywiście wydłużyło cały proces. Ale ostatecznie faza I została zakończona w piątek wieczorem, kiedy to odwieźliśmy Filipa do akademika (z całym majdanem typu deska snowboardowa - bo w sobotę wyjeżdżał na zasłużony odpoczynek w góry:)). Dobrze, że mam Najlepszego z Braci:)
W sobotę rozpoczęliśmy fazę II - Dawid namalował na jednej ze ścian pasy w kolorze "żonkil", które sobie wcześniej wymyśliliśmy. Następnie udaliśmy się do Ikei po wybrane wcześniej meble. Na miejscu okazało się, że dosłownie CZTERY sztuki mebli, niezbędne dla funkcjonowania tak małego, nienarodzonego jeszcze nawet dziecka potrafią zająć masę miejsca - zarówno na wózku, jak i w samochodzie. Pomimo naszych najszczerszych chęci nie zmieściliśmy wszystkich paczek na raz do auta - focusowi brakowało dosłownie 10 cm w górę lub 10 cm wzdłuż:) Musiałyśmy więc zostać z Cytryną trochę dłużej w Ikei, żeby popilnować zbyt dużego fotela:)
Dziś natomiast - faza III - składanie mebli:) Dzień rozpoczęliśmy od przyjemności - pojechaliśmy do kina na "Szklaną pułapkę 5" :) Przy okazji dostałam od Męża balonika z helem - taki nasz walentynkowy zwyczaj:) Po powrocie do domu rozpoczęliśmy zasadniczą część fazy III przygotowywania pokoju - to znaczy Najlepszy z Mężów zabrał się do skręcania mebli, natomiast my z Cytryną starałyśmy się mu nie przeszkadzać, obserwując go jednak bacznie z perspektywy naszego nowego fotela:) Mąż walczył dzielnie z meblami przez resztę dnia. Efekty można zobaczyć poniżej oraz w galerii na picasie:) Oczywiście jest jeszcze sporo do zrobienia (zamocować kontakty, kupić lampę itd.), ale jakiś zarys już widać:)
W sobotę rozpoczęliśmy fazę II - Dawid namalował na jednej ze ścian pasy w kolorze "żonkil", które sobie wcześniej wymyśliliśmy. Następnie udaliśmy się do Ikei po wybrane wcześniej meble. Na miejscu okazało się, że dosłownie CZTERY sztuki mebli, niezbędne dla funkcjonowania tak małego, nienarodzonego jeszcze nawet dziecka potrafią zająć masę miejsca - zarówno na wózku, jak i w samochodzie. Pomimo naszych najszczerszych chęci nie zmieściliśmy wszystkich paczek na raz do auta - focusowi brakowało dosłownie 10 cm w górę lub 10 cm wzdłuż:) Musiałyśmy więc zostać z Cytryną trochę dłużej w Ikei, żeby popilnować zbyt dużego fotela:)
Dziś natomiast - faza III - składanie mebli:) Dzień rozpoczęliśmy od przyjemności - pojechaliśmy do kina na "Szklaną pułapkę 5" :) Przy okazji dostałam od Męża balonika z helem - taki nasz walentynkowy zwyczaj:) Po powrocie do domu rozpoczęliśmy zasadniczą część fazy III przygotowywania pokoju - to znaczy Najlepszy z Mężów zabrał się do skręcania mebli, natomiast my z Cytryną starałyśmy się mu nie przeszkadzać, obserwując go jednak bacznie z perspektywy naszego nowego fotela:) Mąż walczył dzielnie z meblami przez resztę dnia. Efekty można zobaczyć poniżej oraz w galerii na picasie:) Oczywiście jest jeszcze sporo do zrobienia (zamocować kontakty, kupić lampę itd.), ale jakiś zarys już widać:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





