Dzisiaj możemy oficjalnie potwierdzić - właśnie zakończyliśmy kryzys rajstopowy! :)
Zaczęło się kilka tygodni temu. Ewa zrobiła się marudna - najpierw przez kilka dni protestowała przy przypinaniu jej do fotelika w samochodzie, później postanowiła chyba zmienić strategię i odmówiła kompletnie współpracy przy ubieraniu się. Do tego stopnia, że raz zwyczajnie nie udało nam się jej ubrać i odwieźć do przedszkola (a przez prawie godzinę próbowaliśmy z Dawidem w zasadzie wszystkich metod - od prośby i groźby aż po przekupstwo). Sytuacja zrobiła się trochę trudna - doprowadzanie dziecka do histerii poprzez zmuszanie go do nielubianej czynności nie leży jednak w naszej naturze, z drugiej jednak strony, uleganie i tworzenie precedensu mogło doprowadzić do tego, że resztę życia przyjdzie mi spędzić z gołym dzieckiem:) Poza tym - próbowaliście włożyć na siłę rajstopy wierzgającej trzylatce? Mieliśmy przewagę liczebną, siłową, intelektualną (mam nadzieję) - a i tak nam się nie udało.
W końcu ustalił się pewien consensus - codziennie rano pojawiała się lista zadań na nadchodzący dzień (od których zależna była wieczorna bajka).
Rajstopy były akceptowane, ale tylko te z bohaterkami z ulubionych kreskówek (wreszcie przydał się żelazny zapas rajstop "niepasujących-do-niczego-kolorystycznie-ale-za-to-z-Minnie-lub-Daisy", będących skutkiem niegdysiejszego szału zakupowego Dziadka Grzegorza). Wkładanie ich wiązało się z całym rytuałem "wyczarowywania Minnie/Daisy na nóżce". Później do rajstop z Minnie i Daisy dołączyły również rajstopy z owieczką, kotkiem i kokardką. Stopniowo było coraz łatwiej.
Aż dzisiaj, nareszcie, po kilku tygodniach cudowania, wreszcie udało się założyć Ewie rajstopy bez żadnego nadruku. Te, na które przez wszystkie te tygodnie kręciła nosem. Ha!
Oczywiście, rajstopy nie były jedynym objawem ubraniowego "usztywnienia" naszej córki. W ciągu tych kilku tygodni stanęliśmy również przed koniecznością rozstania się z płaszczykiem, który to Ewa nosiła od dobrych dwóch lat (i który w tym czasie stał się w zasadzie kurteczką:)) i przekonania się do nowej kurtki. Dwa dni lobbowania, żeby chociaż ją przymierzyła - ale wreszcie udało nam się wymyślić argument, który ją przekonał - i to nie tylko do samej kurtki, ale też za jednym zamachem do spodni przeciwdeszczowych i kaloszy ("Ewa, ale na dworze są kałuże, na spacer po kałużach to się trzeba ubrać w takie żabkowe spodnie i kurtkę, no i kalosze - i wtedy można iść i skakać jak żabka"). Trzeba też było zrezygnować z Henia i wyciągnąć z szafy jakąś czapkę - testowaliśmy różne, chwilowo jesteśmy przy różowej czapce z Minnie.
Jeśli kiedyś zobaczycie na ulicy dziecko w kompletnie niedobranym kolorystycznie stroju (np. w zielonych spodniach, żółtej kurtce i różowej czapce, albo w różowo-fioletowych rajstopach i sukience w kolorze morskim) - to pamiętajcie, że samo wyekspediowanie dziecka z domu może być w danym przypadku niesamowitym sukcesem:)
P.S. No, a może też być tak, że dziecko było tego dnia ubierane przez swojego ojca;)
P.S.2 Aczkolwiek ostatnio mój Mąż tak ładnie ubrał Ewę (wracałam właśnie z dwudniowej delegacji, przyjechali po mnie na dworzec), że aż musiałam go pochwalić. Pięknie wyglądała - szara sukienka, szare rajstopy z kotkami na kolanach, żółta kurtka... Dodał później, że w zasadzie to Ewa chodzi w tym zestawie już drugi dzień, no i sukienka jest trochę upaćkana zupą pomidorową, "ale jakby co, to upaćkała się dopiero dzisiaj po południu" :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedszkole. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 25 października 2016
czwartek, 20 października 2016
Październikowo
Wprawdzie tydzień po terminie, ale...:)
Nie wiem, czym to jest spowodowane - czy tym, że w mojej i Dawida rodzinie jest nadreprezentacja nauczycieli, a może tym, że mamy świadomość, jak wielka jest rola pedagoga w życiu dziecka (naszego szczególnie) - w każdym razie 14 października jest u nas celebrowany od dawna. Z moich obliczeń wychodzi, że ten rok jest już trzecim z kolei, kiedy Ewa wręcza komuś z tej okazji kwiatki. A że należę do tej ekstremalnej frakcji, dla której "Dzień Edukacji Narodowej" nie kończy się na "Dniu Nauczyciela", a kwiatki należą się zarówno wychowawczyni jak i paniom z kuchni czy pani woźnej, tak więc Ewa wręczyła już tych kwiatków sporo.
Kwiatki (symboliczne, bo jak duży bukiet jest w stanie unieść kilkunastomiesięczna czy trzyletnia dziewczynka?) dostawały u nas Nianie, Terapeutki, Panie z klubu malucha. W tym roku po raz pierwszy Ewa obchodziła ten dzień w przedszkolu, więc kwiatków trzeba było przygotować odpowiednio więcej. No bo przecież są dwie Panie Wychowawczynie, Pani Pedagog, Pani od SI, Pani Logopeda, była Niania Ewy, która teraz pracuje w jednej z grup w tym samym przedszkolu (i Ewa wyraźnie zaznaczyła, że ma być dla niej kwiatek!), Pani Dyrektor, a także Panie z innych grup, które wprawdzie nie są z Ewą tak blisko, ale jednak znają ją, wspólnie się bawią, zajmują się. Są też Panie z obsługi, które wprawdzie kontaktu z Ewą mają najmniej, ale też SĄ.
Dlaczego te kwiatki są dla nas takie ważne? Bo w zasadzie nie ma słów, którymi mogłabym wyrazić swoją wdzięczność, że ktoś z tak wielką sympatią i zrozumieniem zajmuje się i wspiera naszą córkę. Ktoś powie - za to mają płacone. Nie. Płacone mają za przypilnowanie, przeprowadzenie zajęć, sprzątnięcie, ugotowanie posiłków. Ale życzliwości nie da się opłacić. Albo ktoś ją ma i daje za darmo, albo nie - i żadne pieniądze tego nie zmienią.
Nie zależy nam tak bardzo, żeby przedszkole uczyło Ewę pięciu języków na najwyższym poziomie. Albo, żeby nauczyło ją czytać i pisać. To nie jest dla niej najważniejsze - ja wiem, że jest na tyle bystra, że da sobie z tym radę niezależnie od tego, na jakich nauczycieli trafi. Ale klimat, jaki przedszkole jest w stanie jej stworzyć - to dla niej ogromna wartość. Dzięki temu - odważnie wchodzi na nowe zajęcia, coraz bardziej rozluźnia w sytuacjach dla niej stresujących. Otwiera się na dzieci. Wszyscy są dla niej mili i wyrozumiali - mimo, że czasami ma gorszy dzień, mimo, że to ona jest najczęściej z boku, to ona bywa wycofana, to ona mówi nie patrząc w oczy.
Wiem, że może się wydawać, że Ewa nie zauważa osób wokół siebie. Że je ignoruje, że dla niej nie istnieją. Nieprawda. I po to też są te kwiatki.
Nie wiem, czym to jest spowodowane - czy tym, że w mojej i Dawida rodzinie jest nadreprezentacja nauczycieli, a może tym, że mamy świadomość, jak wielka jest rola pedagoga w życiu dziecka (naszego szczególnie) - w każdym razie 14 października jest u nas celebrowany od dawna. Z moich obliczeń wychodzi, że ten rok jest już trzecim z kolei, kiedy Ewa wręcza komuś z tej okazji kwiatki. A że należę do tej ekstremalnej frakcji, dla której "Dzień Edukacji Narodowej" nie kończy się na "Dniu Nauczyciela", a kwiatki należą się zarówno wychowawczyni jak i paniom z kuchni czy pani woźnej, tak więc Ewa wręczyła już tych kwiatków sporo.
Kwiatki (symboliczne, bo jak duży bukiet jest w stanie unieść kilkunastomiesięczna czy trzyletnia dziewczynka?) dostawały u nas Nianie, Terapeutki, Panie z klubu malucha. W tym roku po raz pierwszy Ewa obchodziła ten dzień w przedszkolu, więc kwiatków trzeba było przygotować odpowiednio więcej. No bo przecież są dwie Panie Wychowawczynie, Pani Pedagog, Pani od SI, Pani Logopeda, była Niania Ewy, która teraz pracuje w jednej z grup w tym samym przedszkolu (i Ewa wyraźnie zaznaczyła, że ma być dla niej kwiatek!), Pani Dyrektor, a także Panie z innych grup, które wprawdzie nie są z Ewą tak blisko, ale jednak znają ją, wspólnie się bawią, zajmują się. Są też Panie z obsługi, które wprawdzie kontaktu z Ewą mają najmniej, ale też SĄ.
Dlaczego te kwiatki są dla nas takie ważne? Bo w zasadzie nie ma słów, którymi mogłabym wyrazić swoją wdzięczność, że ktoś z tak wielką sympatią i zrozumieniem zajmuje się i wspiera naszą córkę. Ktoś powie - za to mają płacone. Nie. Płacone mają za przypilnowanie, przeprowadzenie zajęć, sprzątnięcie, ugotowanie posiłków. Ale życzliwości nie da się opłacić. Albo ktoś ją ma i daje za darmo, albo nie - i żadne pieniądze tego nie zmienią.
Nie zależy nam tak bardzo, żeby przedszkole uczyło Ewę pięciu języków na najwyższym poziomie. Albo, żeby nauczyło ją czytać i pisać. To nie jest dla niej najważniejsze - ja wiem, że jest na tyle bystra, że da sobie z tym radę niezależnie od tego, na jakich nauczycieli trafi. Ale klimat, jaki przedszkole jest w stanie jej stworzyć - to dla niej ogromna wartość. Dzięki temu - odważnie wchodzi na nowe zajęcia, coraz bardziej rozluźnia w sytuacjach dla niej stresujących. Otwiera się na dzieci. Wszyscy są dla niej mili i wyrozumiali - mimo, że czasami ma gorszy dzień, mimo, że to ona jest najczęściej z boku, to ona bywa wycofana, to ona mówi nie patrząc w oczy.
Wiem, że może się wydawać, że Ewa nie zauważa osób wokół siebie. Że je ignoruje, że dla niej nie istnieją. Nieprawda. I po to też są te kwiatki.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Drobiazgi
Czy ja już pisałam, że uwielbiam nasze przedszkole?
Sytuacja z dzisiaj - przychodzimy rano do przedszkola, Ewa zmienia w szatni buty i idziemy do sali. Otwieram drzwi. W środku - kilkoro dzieci, jedna z Pań Opiekunek i Pani Ania - pedagog specjalny Ewy.
Stajemy w progu i kucam przy Ewie, żeby się pożegnać. W tym czasie cała grupa - panie i dzieci - podchodzą do nas. Któryś z chłopców krzyczy "O, Ewa!" i widać, że za chwilę będzie chciał się do niej przytulić. Wokół nas nagle robi się tłoczno.
Ewa nie ma problemu z grupą, jest już zaaklimatyzowana, nie ma też problemu, żeby kogoś dotknąć lub żeby ktoś dotknął jej, ale jednak nie bardzo lubi, jak tak na "dzień dobry" ktoś chce się z nią za bardzo integrować. Nawet jeśli jest to jakiś przystojny brunet:) No, w histerię wtedy nie wpadnie, ale widać, że się spina i lekko zawiesza.
Panie jednak pamiętają. Jedna z nich podchodzi, kuca przy Ewie i się z nią wita, a druga lekko przytrzymuje ręką kochliwego kolegę.
Drobny gest - ale w sumie takie rzeczy pewnie sprawiają, że Ewa czuje się tam dobrze.
Sytuacja z dzisiaj - przychodzimy rano do przedszkola, Ewa zmienia w szatni buty i idziemy do sali. Otwieram drzwi. W środku - kilkoro dzieci, jedna z Pań Opiekunek i Pani Ania - pedagog specjalny Ewy.
Stajemy w progu i kucam przy Ewie, żeby się pożegnać. W tym czasie cała grupa - panie i dzieci - podchodzą do nas. Któryś z chłopców krzyczy "O, Ewa!" i widać, że za chwilę będzie chciał się do niej przytulić. Wokół nas nagle robi się tłoczno.
Ewa nie ma problemu z grupą, jest już zaaklimatyzowana, nie ma też problemu, żeby kogoś dotknąć lub żeby ktoś dotknął jej, ale jednak nie bardzo lubi, jak tak na "dzień dobry" ktoś chce się z nią za bardzo integrować. Nawet jeśli jest to jakiś przystojny brunet:) No, w histerię wtedy nie wpadnie, ale widać, że się spina i lekko zawiesza.
Panie jednak pamiętają. Jedna z nich podchodzi, kuca przy Ewie i się z nią wita, a druga lekko przytrzymuje ręką kochliwego kolegę.
Drobny gest - ale w sumie takie rzeczy pewnie sprawiają, że Ewa czuje się tam dobrze.
wtorek, 31 maja 2016
Ewy przygoda z przedszkolem - adaptacja i pierwsze tygodnie
Czasami jest tak, że człowiek szuka bardzo długo, bo ciągle coś mu nie do końca pasuje. Wreszcie olewa szukanie i wybiera najlepszą opcję z tych dostępnych, albo przeciwnie - trafia na coś i od razu czuje, że to jest to. Tak było u nas - odwiedziliśmy dwa przedszkola (oprócz tego pierwszego) i mimo, że teoretycznie wszystko było w nich ok - ciągle miałam poczucie, że trzeba szukać dalej. Niby niewiele od przedszkola oczekiwaliśmy - raptem tego, żeby Ewa mogła wejść w grupę i rozpocząć socjalizację, a oprócz tego może ze 2h tygodniowo jakichś zajęć z pedagogiem specjalnym czy logopedą (byliśmy w stanie utrzymać terapię w Asyście, gdyby nie było innego wyjścia). Żeby było w miarę bezpiecznie, w miarę czysto, żeby nie zmuszali do jedzenia (bo ja mam z tego powodu ciągle traumę), żeby nie bili i nie zamykali jej w jakiejś komórce...:) Podstawy po prostu. Fajerwerki typu dwa języki obce z native'm, lekcje baletu, karate i lepienia w glinie - naprawdę nas średnio interesowały.
Ale były drobiazgi, które nie dawały nam w tych przedszkolach spokoju.
W jednym na moje pytanie, czy możemy liczyć na zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym - pani dyrektor zaczęła recytować formułkę, że każde dziecko na początku jest oceniane przez logopedę pod kątem ewentualnych problemów z mową, i jeśli takowe zostaną stwierdzone, możemy sobie wykupić pakiet zajęć indywidualnych. Stwierdzenie było o tyle zabawne, że przyszłam na spotkanie z całą teczką zaświadczeń, że Ewa opóźniony rozwój mowy posiada - o czym pani wiedziała. Później, przyciśnięta, pani dyrektor stwierdziła, że póki co to orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego dla Ewy na nic się w zasadzie nie przyda, bo i tak nie dostaną na nią dotacji (bo coś tam). Więc możemy płacić niemałe czesne, wykupić sobie dodatkową terapię, ale hej, Ewa będzie się uczyła dwóch języków obcych! Fajnie, ale skupmy się na razie na polskim...
W drugim już tam coś na temat autyzmu wiedzieli, nawet więcej niż mniej. Przeprowadzono z nami dokładny wywiad, jak Ewa funkcjonuje, jak wygląda jej terapia itd. Mogłam przez ponad godzinę robić to, co każda matka uwielbia, mianowicie - opowiadać o swoim dziecku:) Oferta super, bo Ewa byłaby zwolniona z czesnego, miałaby też kilka godzin tygodniowo indywidualnej terapii. "Logopeda? Obowiązkowo! W ogóle, to dziwne, że Ewa nie miała tego logopedy wcześniej, bo teraz byłyby zupełnie inne efekty. Metoda krakowska daje świetne rezultaty!" Na moją delikatną sugestię, że uważam, że problemy Ewy z mówieniem wynikają raczej z niezrozumienia celów komunikacji, co świetnie widać było przy wprowadzaniu jej PECS - pani natychmiast przeszła do ofensywy, że "my tu nie stosujemy PECS, ale elementy języka migowego, bo wg badań to...". Ciągle wydaje mi się jednak, że warto zastanowić się nad przyczynami zaburzeń, a nie pracować nad jego skutkami.
Obecne przedszkole najpierw zaskoczyło nas swoim wyglądem. Ono jest po prostu... ładne. Wszystko nowe, czyste, świeże. Duże, jasne sale. Kolorowo, ale nie tak "naciupane", jak to bywa w placówkach opiekuńczo-oświatowych:) Spotkanie z rzeczową panią dyrektor, później z panią, która nadzoruje terapię dzieci z orzeczeniami. Urzekła mnie tym, że... nie upierała się przy zajęciach z logopedą dla Ewy, mimo, iż wiedziała, że Ewa ma opóźnioną mowę. Mówiła, że podstawą ma być terapia w grupie oraz zajęcia indywidualne, które mają być nakierowane na rozwój umiejętności społecznych, w tym komunikacji.
W ostatnim tygodniu kwietnia i pierwszym tygodniu maja Ewa brała udział w adaptacji w Przedszkolu (piszę z wielkiej litery, żeby było wiadomo, że chodzi o nasze, długo poszukiwane, przedszkole). Chodziła tam na 2-3h, po porannych zajęciach w Asyście. Początkowo przebywała w sali z Nianią, później, powolutku, zaczęła zostawać sama. W drugim tygodniu adaptacji (który to tydzień był wyjątkowo krótki, bo chorowałyśmy od weekendu aż do środy, więc w przedszkolu Ewa była w czwartek i piątek), Ewa w zasadzie przez cały czas była w sali bez obstawy.
Od kolejnego tygodnia chodzi już od 8:30 do 15:30. Zaadaptowała się super, od pierwszego "pełnego" dnia zasypiała bez problemu w trakcie leżakowania (co było dużym zaskoczeniem dla Pań - były pewne, że będzie miała problemy z wyciszeniem się i zaśnięciem w sali pełnej innych dzieci). Jedyny problem - ciągle nie chce w przedszkolu nic zjeść. Ale spokojnie, głodem ją weźmiemy, będzie dobrze:)
A największe zaskoczenie dla mnie? Odprowadzam Ewę pierwszego "pełnego" dnia. Wchodzimy przez furtkę i idziemy do drzwi, po drodze mijając dwie dziewczynki - na oko trzy- i pięcioletnią - i ich mamę. Nagle słyszę, jak starsza z dziewczynek mówi:
"O, cześć Ewa! Mamo, popatrz, to Ewa, moja koleżanka!"
Wygląda na to, że Ewa szybciej nawiązuje znajomości niż jej neurotypowi rodzice. Nie wiem, czy się cieszyć (z jej powodu), czy też głęboko zastanowić nad sobą...:)
Ale były drobiazgi, które nie dawały nam w tych przedszkolach spokoju.
W jednym na moje pytanie, czy możemy liczyć na zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym - pani dyrektor zaczęła recytować formułkę, że każde dziecko na początku jest oceniane przez logopedę pod kątem ewentualnych problemów z mową, i jeśli takowe zostaną stwierdzone, możemy sobie wykupić pakiet zajęć indywidualnych. Stwierdzenie było o tyle zabawne, że przyszłam na spotkanie z całą teczką zaświadczeń, że Ewa opóźniony rozwój mowy posiada - o czym pani wiedziała. Później, przyciśnięta, pani dyrektor stwierdziła, że póki co to orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego dla Ewy na nic się w zasadzie nie przyda, bo i tak nie dostaną na nią dotacji (bo coś tam). Więc możemy płacić niemałe czesne, wykupić sobie dodatkową terapię, ale hej, Ewa będzie się uczyła dwóch języków obcych! Fajnie, ale skupmy się na razie na polskim...
W drugim już tam coś na temat autyzmu wiedzieli, nawet więcej niż mniej. Przeprowadzono z nami dokładny wywiad, jak Ewa funkcjonuje, jak wygląda jej terapia itd. Mogłam przez ponad godzinę robić to, co każda matka uwielbia, mianowicie - opowiadać o swoim dziecku:) Oferta super, bo Ewa byłaby zwolniona z czesnego, miałaby też kilka godzin tygodniowo indywidualnej terapii. "Logopeda? Obowiązkowo! W ogóle, to dziwne, że Ewa nie miała tego logopedy wcześniej, bo teraz byłyby zupełnie inne efekty. Metoda krakowska daje świetne rezultaty!" Na moją delikatną sugestię, że uważam, że problemy Ewy z mówieniem wynikają raczej z niezrozumienia celów komunikacji, co świetnie widać było przy wprowadzaniu jej PECS - pani natychmiast przeszła do ofensywy, że "my tu nie stosujemy PECS, ale elementy języka migowego, bo wg badań to...". Ciągle wydaje mi się jednak, że warto zastanowić się nad przyczynami zaburzeń, a nie pracować nad jego skutkami.
Obecne przedszkole najpierw zaskoczyło nas swoim wyglądem. Ono jest po prostu... ładne. Wszystko nowe, czyste, świeże. Duże, jasne sale. Kolorowo, ale nie tak "naciupane", jak to bywa w placówkach opiekuńczo-oświatowych:) Spotkanie z rzeczową panią dyrektor, później z panią, która nadzoruje terapię dzieci z orzeczeniami. Urzekła mnie tym, że... nie upierała się przy zajęciach z logopedą dla Ewy, mimo, iż wiedziała, że Ewa ma opóźnioną mowę. Mówiła, że podstawą ma być terapia w grupie oraz zajęcia indywidualne, które mają być nakierowane na rozwój umiejętności społecznych, w tym komunikacji.
W ostatnim tygodniu kwietnia i pierwszym tygodniu maja Ewa brała udział w adaptacji w Przedszkolu (piszę z wielkiej litery, żeby było wiadomo, że chodzi o nasze, długo poszukiwane, przedszkole). Chodziła tam na 2-3h, po porannych zajęciach w Asyście. Początkowo przebywała w sali z Nianią, później, powolutku, zaczęła zostawać sama. W drugim tygodniu adaptacji (który to tydzień był wyjątkowo krótki, bo chorowałyśmy od weekendu aż do środy, więc w przedszkolu Ewa była w czwartek i piątek), Ewa w zasadzie przez cały czas była w sali bez obstawy.
Od kolejnego tygodnia chodzi już od 8:30 do 15:30. Zaadaptowała się super, od pierwszego "pełnego" dnia zasypiała bez problemu w trakcie leżakowania (co było dużym zaskoczeniem dla Pań - były pewne, że będzie miała problemy z wyciszeniem się i zaśnięciem w sali pełnej innych dzieci). Jedyny problem - ciągle nie chce w przedszkolu nic zjeść. Ale spokojnie, głodem ją weźmiemy, będzie dobrze:)
A największe zaskoczenie dla mnie? Odprowadzam Ewę pierwszego "pełnego" dnia. Wchodzimy przez furtkę i idziemy do drzwi, po drodze mijając dwie dziewczynki - na oko trzy- i pięcioletnią - i ich mamę. Nagle słyszę, jak starsza z dziewczynek mówi:
"O, cześć Ewa! Mamo, popatrz, to Ewa, moja koleżanka!"
Wygląda na to, że Ewa szybciej nawiązuje znajomości niż jej neurotypowi rodzice. Nie wiem, czy się cieszyć (z jej powodu), czy też głęboko zastanowić nad sobą...:)
sobota, 14 maja 2016
Ewy przygoda z przedszkolem - prolog
Dokładnie w drugie urodziny Ewy (czyli przeszło rok temu) usłyszeliśmy od pewnej Pani Neurologopedy, że Ewa powinna jak najszybciej pójść do przedszkola. Że sposób jej "gaworzenia" wskazuje na to, że mówić z pewnością zacznie, ale bardzo pomogłoby jej obcowanie z innymi dziećmi w grupie. Uczepiliśmy się mocno tej opinii i zaczęliśmy dążyć do tego, żeby Ewa zaczęła swoją karierę w przedszkolu.
Nasza Pani Psycholog nie podzielała jednak tego zdania, więc szło nam dosyć powoli:) W czerwcu znaleźliśmy pewne przedszkole, dosyć młode, ale z doświadczoną kadrą. Prywatne, integracyjne, nastawione na autystów (ze względu na doświadczenie Pani Dyrektor). Poszliśmy z Ewą na obserwację (w grupie). Jeszcze w trakcie obserwacji byłam przekonana, że będzie super (Ewa weszła sama do sali, dawała sobie pokazywać zabawki), po czym okazało się jednak, że zdaniem Pani Dyrektor to jeszcze nie ten czas.
Drugie podejście robiliśmy w październiku. Wcześniej, w lipcu, Ewa zaczęła chodzić trzy razy w tygodniu do takiego klubiku dla "przed-przedszkolaków".
W październiku okazało się, że Ewa zrobiła ogromne postępy, widać po niej, że obserwuje zachowania i relacje w grupie, jest gotowa, żeby pójść do przedszkola!
Tyle, że akurat wtedy w przedszkolu nie było miejsca.
Umówiłam się z Panią Dyrektor, że będę dzwonić po Nowym Roku. Dodzwoniłam się, rozmawiałyśmy - miejsca "natychmiast" ciągle nie było, Pani nie wiedziała też, co z utworzeniem nowej grupy we wrześniu (to był okres zamieszania z sześciolatkami, nikt wtedy nie wiedział, czy będą zostawały w przedszkolach czy nie). Miałam dzwonić na początku lutego. Zadzwoniłam na początku lutego - znowu ta sama historia - jeszcze nic nie wiadomo co z wrześniem, teraz niby miałaby jedno miejsce, ale jedna z przedszkolanek jest chora, ma mieć jakiś zabieg, więc mają jedną osobę mniej, a adaptacja nowego dziecka z orzeczeniem jest z reguły dosyć pracochłonna. Mam zadzwonić na początku marca.
Na początku marca znowu zaczęłam dzwonić. Ale kontakt już się urwał. Wydzwaniałam chyba tydzień, wreszcie otrzymałam smsa, że Pani "zadzwoni w wolnej chwili". Spoko. Pomyślałam sobie, że pewnie faktycznie ma urwanie głowy z tymi sześciolatkami, wiadomo, jak to bywa w przedszkolu:) No to napisałam maila, co i jak u nas, jakie mamy plany odnośnie przedszkola Ewy, no i czy moglibyśmy dostać jakąś informację na temat miejsca we wrześniu, bo akurat jest rekrutacja do przedszkoli publicznych, a chcemy mieć jakiś "plan B".
Prosiłam o jakąś odpowiedź do 17 marca, bo wtedy upływał termin rekrutacji w przedszkolach publicznych. Zero reakcji.
Do 17 wysłałam jeszcze kilka proszących, później już błagalnych maili i smsów, z prośbą o jakąkolwiek odpowiedź, choćby "tak" albo "nie". Bardzo zależało mi na tym przedszkolu, przez kilka ładnych miesięcy byłam przekonana, że to będzie akurat to.
I w pewnym momencie dotarło do mnie - że tak nie powinno być. To nie tak powinna wyglądać relacja rodzic-terapeuta (bo tym de facto byłoby dla nas przedszkole - placówką terapeutyczną). Być może Asysta nas trochę "popsuła" - tam w każdej chwili mogłam napisać maila/wysłać smsa/zadzwonić do którejkolwiek z naszych terapeutek, nie musiałam się napraszać. Zresztą, dla dobrego terapeuty to oczywiste, że odpowiedni przepływ informacji pomiędzy terapeutą a rodzicem jest niezbędny do tego, żeby dziecku pomóc. Nie da się wiele osiągnąć, jeżeli "każdy sobie rzepkę skrobie" gdzieś na boku.
Poza tym - jeśli w ten sposób wygląda komunikacja na etapie: "dzień dobry, przyprowadzam Wam dziecko z orzeczeniem, dostaniecie na nie niemałą dotację, plus w ramach bonusa - spore czesne, które będę Wam płacić, chcecie?", to jak będzie później?
Od marca minęły dwa miesiące, a mnie ciągle ta sprawa jakoś uwiera. I to nie dlatego, że ostatecznie nie udało nam się dostać do przedszkola, które być może byłoby świetne dla Ewy. Ale dlatego, że ktoś sprawił, że pisałam błagalne maile i smsy. I nawet nie błagalne w stylu: "proszę, przyjmijcie moje dziecko", ale raczej "proszę, napiszcie cokolwiek". Ktoś zepchnął mnie do roli natrętnego petenta - a żaden rodzic nie powinien czuć się jak petent. A już szczególnie rodzic niepełnosprawnego dziecka, rodzic, który da sobą pomiatać, żeby tylko ktoś jego dziecku pomógł. To jak kopanie leżącego...
W momencie, w którym to sobie uświadomiłam - zaczęłam szukać innego przedszkola. Byliśmy w kilku, ostatecznie wybraliśmy takie, w którym już od progu dało się poczuć, że dobry kontakt z rodzicem to jednak sprawa najwyższej wagi:)
Nasza Pani Psycholog nie podzielała jednak tego zdania, więc szło nam dosyć powoli:) W czerwcu znaleźliśmy pewne przedszkole, dosyć młode, ale z doświadczoną kadrą. Prywatne, integracyjne, nastawione na autystów (ze względu na doświadczenie Pani Dyrektor). Poszliśmy z Ewą na obserwację (w grupie). Jeszcze w trakcie obserwacji byłam przekonana, że będzie super (Ewa weszła sama do sali, dawała sobie pokazywać zabawki), po czym okazało się jednak, że zdaniem Pani Dyrektor to jeszcze nie ten czas.
Drugie podejście robiliśmy w październiku. Wcześniej, w lipcu, Ewa zaczęła chodzić trzy razy w tygodniu do takiego klubiku dla "przed-przedszkolaków".
W październiku okazało się, że Ewa zrobiła ogromne postępy, widać po niej, że obserwuje zachowania i relacje w grupie, jest gotowa, żeby pójść do przedszkola!
Tyle, że akurat wtedy w przedszkolu nie było miejsca.
Umówiłam się z Panią Dyrektor, że będę dzwonić po Nowym Roku. Dodzwoniłam się, rozmawiałyśmy - miejsca "natychmiast" ciągle nie było, Pani nie wiedziała też, co z utworzeniem nowej grupy we wrześniu (to był okres zamieszania z sześciolatkami, nikt wtedy nie wiedział, czy będą zostawały w przedszkolach czy nie). Miałam dzwonić na początku lutego. Zadzwoniłam na początku lutego - znowu ta sama historia - jeszcze nic nie wiadomo co z wrześniem, teraz niby miałaby jedno miejsce, ale jedna z przedszkolanek jest chora, ma mieć jakiś zabieg, więc mają jedną osobę mniej, a adaptacja nowego dziecka z orzeczeniem jest z reguły dosyć pracochłonna. Mam zadzwonić na początku marca.
Na początku marca znowu zaczęłam dzwonić. Ale kontakt już się urwał. Wydzwaniałam chyba tydzień, wreszcie otrzymałam smsa, że Pani "zadzwoni w wolnej chwili". Spoko. Pomyślałam sobie, że pewnie faktycznie ma urwanie głowy z tymi sześciolatkami, wiadomo, jak to bywa w przedszkolu:) No to napisałam maila, co i jak u nas, jakie mamy plany odnośnie przedszkola Ewy, no i czy moglibyśmy dostać jakąś informację na temat miejsca we wrześniu, bo akurat jest rekrutacja do przedszkoli publicznych, a chcemy mieć jakiś "plan B".
Prosiłam o jakąś odpowiedź do 17 marca, bo wtedy upływał termin rekrutacji w przedszkolach publicznych. Zero reakcji.
Do 17 wysłałam jeszcze kilka proszących, później już błagalnych maili i smsów, z prośbą o jakąkolwiek odpowiedź, choćby "tak" albo "nie". Bardzo zależało mi na tym przedszkolu, przez kilka ładnych miesięcy byłam przekonana, że to będzie akurat to.
I w pewnym momencie dotarło do mnie - że tak nie powinno być. To nie tak powinna wyglądać relacja rodzic-terapeuta (bo tym de facto byłoby dla nas przedszkole - placówką terapeutyczną). Być może Asysta nas trochę "popsuła" - tam w każdej chwili mogłam napisać maila/wysłać smsa/zadzwonić do którejkolwiek z naszych terapeutek, nie musiałam się napraszać. Zresztą, dla dobrego terapeuty to oczywiste, że odpowiedni przepływ informacji pomiędzy terapeutą a rodzicem jest niezbędny do tego, żeby dziecku pomóc. Nie da się wiele osiągnąć, jeżeli "każdy sobie rzepkę skrobie" gdzieś na boku.
Poza tym - jeśli w ten sposób wygląda komunikacja na etapie: "dzień dobry, przyprowadzam Wam dziecko z orzeczeniem, dostaniecie na nie niemałą dotację, plus w ramach bonusa - spore czesne, które będę Wam płacić, chcecie?", to jak będzie później?
Od marca minęły dwa miesiące, a mnie ciągle ta sprawa jakoś uwiera. I to nie dlatego, że ostatecznie nie udało nam się dostać do przedszkola, które być może byłoby świetne dla Ewy. Ale dlatego, że ktoś sprawił, że pisałam błagalne maile i smsy. I nawet nie błagalne w stylu: "proszę, przyjmijcie moje dziecko", ale raczej "proszę, napiszcie cokolwiek". Ktoś zepchnął mnie do roli natrętnego petenta - a żaden rodzic nie powinien czuć się jak petent. A już szczególnie rodzic niepełnosprawnego dziecka, rodzic, który da sobą pomiatać, żeby tylko ktoś jego dziecku pomógł. To jak kopanie leżącego...
W momencie, w którym to sobie uświadomiłam - zaczęłam szukać innego przedszkola. Byliśmy w kilku, ostatecznie wybraliśmy takie, w którym już od progu dało się poczuć, że dobry kontakt z rodzicem to jednak sprawa najwyższej wagi:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

