Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2016

Chwila grozy

Od kilku dni Ewa męczyła nas, żebyśmy zabrali ją do sali zabaw. Wczoraj nareszcie nadszedł ten dzień. Odebrałam Ewę z przedszkola i napisałam do Dawida, że spotkamy się na miejscu.

Nasza ulubiona sala zabaw ostatnio się przebudowała, zmieniły się też zasady - do środka całej konstrukcji dziecko musi wejść samo, bez rodzica. 

Wchodzimy na salę, Ewa ściąga buty, po czym następuje ten moment, w którym popełniam BŁĄD TAKTYCZNY - pozwalam jej zabrać do środka Kłapoucha, który akurat tego dnia MUSI Ewie we wszystkim towarzyszyć.

Dla tych, którzy nie wiedzą - Kłapouch to maskotka Ewy, w zasadzie dla niej bezcenna. Bez Klapoucha Ewa nie położy sie spać, a jak Ewa ma gorszy dzień - to w ogóle nie chce się z nim rozstawać. Nawet wyprać go trudno, bo to oznaczałoby wyłączenie go z obiegu na minimum kilka godzin - a na to zazwyczaj nie ma zgody. Raz juz Klapoucha zgubiliśmy - kupiłam więc dublera, ale Ewa bez problemu dublera rozpoznaje i traktuje go jak każdą inną maskotkę. Po macoszemu. 

No więc Ewa wpada do środka, ja siadam na kanapie w barze. Mija może 10 minut, kiedy znowu zauważam Ewę. BEZ KŁAPOUCHA. Próbuje dowiedzieć się od Ewy, gdzie go podziała, biegam z paniką w oczach wokół konstrukcji (do której nie mogę wejść) próbując go gdzieś wypatrzeć. Jestem o krok od zaangażowania w poszukiwania obsługi i wyznaczenia nagrody dla dzieciaka, który maskotkę odnajdzie. Piszę do Dawida (który jeszcze nie przyszedł), że wtopiłam na całego, po cichu licząc na to, że zdąży zanim przeżyję załamanie nerwowe.

To chyba było najdłuższe 10 minut mojego życia.

I wtedy go widzę. W barze, na podłodze, pomiędzy stolikami. 


Ufff.

Próbowałam później kilkakrotnie nakłonić Ewę, żeby poszukała Kłapoucha (nie mówiąc jej wcześniej, że go jednak znalazłam). Trochę się kręciła w miejscu, w którym go upuściła, ale nie skomentowała, że nie może go znaleźć.

Gdy wsiadaliśmy do samochodu, postanowiłam raz jeszcze ją o Kłapoucha spytać.

Ja: Ewa, a masz Kłapoucha?
Ewa (z niepokojem): Kłapouch!
Ja: Pamiętasz, zgubiłaś go w sali zabaw.
Ewa: Przynieś! (i po chwili dodaje) A my poczekamy.

Dobrze, że chociaż tyle. W końcu mogła mi kazać wracać autobusem;)

piątek, 19 sierpnia 2016

Skutki uboczne procesu twórczego

Bywa tak, że akt twórczy wymaga poświęceń - zarówno od artysty, jak i jego otoczenia. Czasami dzieło, mimo, iż niewielkiego formatu, wymaga odpowiedniej ekspresji.

Czasami akt twórczy kończy się praniem firan. A "otoczenie artysty" vel "osoba piorąca" zastanawia się, jak u diabła niespełna metrowe dziecko, siedzące cały czas grzecznie w krzesełku, zdołało zachlapać czerwoną farbką firanę na wysokości karnisza:)



czwartek, 11 sierpnia 2016

W domu

Zawsze mnie nieco dziwiły utyskiwania rodziców na różnego rodzaju autystycznych forach, "że znowu wakacje, trzeba gdzieś będzie z dzieckiem wyjechać". To znaczy teoretycznie wiedziałam, o co chodzi - dzieci są przyzwyczajone do jakiegoś rytmu, a wakacje ten rytm zaburzają - no ale tylko teoretycznie...

Z każdym rokiem Ewa jest coraz starsza i coraz bardziej samodzielna, ale też coraz wyraźniej widać różnicę pomiędzy jej funkcjonowaniem w domu i poza nim. W tym roku wyjazd zmęczył nas na tyle, że po powrocie autentycznie cieszyliśmy się, że następnego dnia jest poniedziałek i wracamy do rytmu przedszkole-praca:)

Miałam tutaj napisać więcej o tym, jak to dziecko mi się na wywczasach rozregulowało, ale... dam już sobie spokój z marudzeniem i zamiast tego pochwalę się, że nauczyłam Ewę jeść... bułkę z masłem! :) Brzmi absurdalnie, ale w przypadku dziecka z pogłębiającą się wybiórczością jedzeniową i ogromną awersją do próbowania nowych potraw - jest niemałym sukcesem. Planuję pójść za ciosem i od przyszłego tygodnia zacząć jej przemycać do tej bułki kolejne produkty. Jakiś serek na początek?

W każdym razie - od poniedziałku mamy w domu dziecko-ideał:) Zero histerii, prawie zero wymuszania pomocy (na wakacjach potrafiła mówić "pomóż", jak poprosiło się ją np. o zdjęcie butów - i to "pomóż" oznaczało "zrób to za mnie"), zero "jestem chora, do szpitala". Poprawił się kontakt, poprawiła się też mowa. Wczoraj, jak wracałyśmy z przedszkola, przeprowadziłam chyba najbardziej rozbudowany dialog w historii (co było tym bardziej zaskakujące, że nie siedziałam na przeciwko niej, nie mogłam więc skupić jej uwagi na sobie poprzez np. dotknięcie ramienia):

Ja: "Ewa, a co robiłaś dzisiaj w przedszkolu?"
Ewa: "Emmm... Śpiewałam po angielsku, przytulałam, czytałam bajki."
Ja: "A kogo przytulałaś?" (imię i nazwisko, szybko, a ja już go znajdę i prześwietlę...:))
Ewa: "Kłapouszka." (ufff...)
Ja: "A kto czytał bajki? Pani?"
Ewa: "Sama."
Ja: "A, a o czym te bajki były?"
Ewa: "Emmm... O Puchatku, o miodku..." (i tu nastąpił monolog o jakichś pszczółkach i muszkach, nie do powtórzenia niestety:))


sobota, 23 lipca 2016

Wakacyjnie

Po ostatnim tygodniu mogę stwierdzić, że wakacje to nie tylko wypoczynek - to przede wszystkim setki przejechanych kilometrów, dziesiątki odwiedzonych członków rodziny i cała masa porażek wychowawczych. Oraz minimum jeden dzień, kiedy wszystko jest na "nie". U nas ten dzień wypadł w czwartek.

Ewa, chcesz wykąpać się w basenie? Nie. Chcesz coś zjeść? Nie. Może pójdziemy na spacer? Nie. Chcesz zjeść zupę? Tak. Podtykamy zupę, zjada jedną łyżkę i odsuwa. Chcesz jeszcze? Nie, grzankę. Podtykamy grzankę, zjada kęs i odsuwa. Pójdziemy na placki ziemniaczane? Nie. Frytki? Gofry? Loda? COKOLWIEK?!! W tle oczywiście jęczenie, marudzenie i płacz.

Wieczorem leżymy z Ewą, ona już powoli zasypia, ja głaszczę ją uspokajająco po głowie.

Ja: Jesteś moją najkochańszą księżniczką, wiesz? Mama bardzo nie lubi, jak masz taki marudkowy dzień, mama chciałaby znać przyczynę...
Ewa (wchodząc mi słowo): PIĄTEK.

To było ostatnie słowo, jakie wypowiedziała tamtego wieczora. A ja do teraz zastanawiam się nad sensem tej wypowiedzi:)

PS. W piątek natomiast odkryliśmy prawdziwą przyczynę czwartkowego marudzenia. Dość, żeby powiedzieć, że z wakacji wróciliśmy wcześniej, a dziś rano odbyliśmy wycieczkę do lekarza. Na szczęście, już jest lepiej:)


poniedziałek, 21 marca 2016

Jak strollować autystę? :)

Dawno, dawno temu, jeszcze zanim pojawiła się Ewa (a w zasadzie - jeszcze zanim pojawił się w moim życiu Dawid:)) kupiłam sobie puzzle z Kubusiem Puchatkiem. Obrazek o tyle fajny, że będący mozaiką tysięcy maluteńkich obrazków - również z bajek o Puchatku.



Puzzle przeprowadzały się ze mną z miejsca na miejsce, a odkąd pojawiła się Ewa - czekam na moment, kiedy będziemy mogły ułożyć je razem (chociaż pewnie jeszcze trochę to potrwa - puzzle mają 1000 elementów i są szalenie trudne do ułożenia). Odkąd mieszkamy w tym mieszkaniu - leżą sobie w kanciapie na półce i czekają na lepsze czasy.

Oczywiście kwestią czasu było to, kiedy Ewa wreszcie je dojrzy. A jak już dojrzała wysoko na półce napis "Disney" i obrazek z Puchatkiem, to ZAŻĄDAŁA natychmiastowego udostępnienia puzzli.

No nic, chciałaś, MASZ:)

Dorwała pudełko, otworzyła, zobaczyła tysiąc elementów, wyciągnęła pierwszy z brzegu i... "O, Puchatek je miodek!" "Tygrys!" "Prosiaczek!"

I tak dalej w tym stylu, przez kolejny kwadrans. Tego ranka mogłam spokojnie zrobić śniadanie i się umalować. Nie zdążyła oczywiście obejrzeć wszystkich tysiąca elementów, z pudełka wyciągnęła zaledwie kilka czy kilkanaście - co oznacza, że jeszcze wiele przed nią:)

A później na stoliku znalazłam to:


Nie do końca o to chodziło, ale... może być:)


poniedziałek, 29 lutego 2016

Test na spostrzegawczość

Kiedyś było tak, że jak Ewa rzuciła jakąś uwagę czy słowo, która kompletnie nie miała dla nas sensu,to myśleliśmy sobie: "coś jej się pomieszało". Ale szybko nauczyliśmy się, że jej się NIE MIESZA. Jeśli w danym momencie, oglądając np. książkę o różnych technikach plastycznych, rzuci np. "Disney", to znaczy, że tam jest coś, co jednoznacznie kojarzy się z Disney'em. My możemy tego nie zauważać, ale TO TAM JEST (w tej akurat książce, na jednej z ilustracji przedstawiającej uliczki Paryża, widać plakat filmowy, na którym jest znaczek Disneya).

Zaakceptowaliśmy więc fakt, że nasza córka jest od nas bardziej spostrzegawcza, i jak teraz Ewa powie coś na pozór absurdalnego, my zaczynamy grać w grę - "kto pierwszy znajdzie".

Dzisiaj mała próbka dla naszych Czytelników.

Ewa trzyma w ręku opakowanie od DVD z Kubusiem Puchatkiem. I nagle rzuca hasło: "Miki płynie statkiem!".


Widzicie? Nie? To podpowiedź. Szukajcie tutaj:


Ciągle nie? To przyjrzyjcie się temu malutkiemu hologramowi:)


Mnie odnalezienie Mikiego zajęło trochę czasu - również dlatego, że światło było słabe i hologram był mało widoczny. Ale znalazłam! :)

wtorek, 23 lutego 2016

Zawsze

Ewa jest wielką fanką wszelkiego rodzaju piosenek. Oczywiście najlepsze są te z bajek - i te mogą lecieć u nas non stop przez cały dzień. Ostatnio zawzięłam się i pozgrywałam piosenki ze wszystkich dvd (a mamy już sporą kolekcję - głównie dzięki Dziadkowi Grzegorzowi i Cioci Joli), które wpadły mi w ręce. Mamy więc kolekcję ponad stu piosenek - głównie z długometrażowych filmów Disneya, ale też z Klubu Przyjaciół Myszki Miki, Lulu, Niedźwiedzia w Dużym Niebieskim Domu czy Tomka.

Wśród ulubionych piosenek Ewy znajdują się kubusiowe mruczanki. Jest ich minimum kilkanaście (łącznie z 4 filmów z Kubusiem Puchatkiem), tak więc przez sporą część dnia wsłuchujemy się w głos Jana Kociniaka w roli Kubusia. To niesamowite, jak czyjś głos może zlać się z bajkową postacią. Jak świetnym trzeba być aktorem, żeby zagrać samym tylko głosem tyle emocji...! Tak, żeby głos przestał już brzmieć w uszach widza jak głos mężczyzny, a stał się po prostu głosem Puchatka.

Piękny sposób na nieśmiertelność.


czwartek, 7 stycznia 2016

Politycznie niepoprawna

"Murzyny gotują pana na obiad"

Tak moja złotousta córka skomentowała ilustrację w książce. I w sumie trudno się dziwić, komentarz dosyć precyzyjny:


Skąd jej się to bierze?! Kto ją tego nauczył?!

Podejrzewam Tuwima.

niedziela, 26 października 2014

Nowe umiejętności

Ewa jest obecnie na etapie prac plastycznych. Bawi się ciastoliną, rysuje kredkami, maluje farbami... Mamy na stałe zorganizowane dla niej stanowisko pracy - pół stołu w jadalni oklejone jest szarym papierem, na którym większość tych prac ręcznych się odbywa.

Oto co ostatnio tam znalazłam...


Mój Najdroższy Mąż twierdzi, że chciał tym wpisem trochę zestresować nianię. Wie, że mnie raczej całki nie stresują... :)

niedziela, 14 września 2014

Masakra

Wczoraj córka doprowadziła mnie prawie do płaczu.

A było tak:

Siedzę sobie rano przy stole, Ewa kręci się po pokoju. Wzięłam sobie katalog Ikei (nowiutkicjeszcze, pachnący, piękny, przeglądany raptem tylko raz, i to pobieżnie), żeby sprawdzić, czy mają może jakieś domki dla lub chociaż drewniane łóżeczka dla lalek. A Besta podchodzi, i katalog mi z rąk wydziera. Próbuję się opierać i swojego bronić, ale nie, uparta jest. I silna. Katalog przejęła, siadła z nim na podłodze i z namaszczeniem zaczęła WYDZIERAĆ kolejne kartki!



Nie wiem, czy jej to kiedykolwiek wybaczę... :)

sobota, 9 marca 2013

Nakrycia głowy

Czapeczka, którą nabyliśmy, wydaje się być za mała...


Ale mój pomysłowy Mąż zaproponował inne rozwiązanie...:)


Z nogami w górze:)

Jeszcze w środę moim największym "okołocytrynowym" problemem był ten z nerwem kulszowym w prawej nodze. Z dnia na dzień autentycznie było coraz gorzej i w pewnym momencie miałam problem z przejściem do łazienki. O staniu na prawej nodze nie było mowy, ubranie spodni czy rajstop nagle stało się problemem, ba, bolało nawet schodzenie ze schodów ruchomych! Ale w środę pojechaliśmy na comiesięczną wizytę do pani, która prowadzi ciążę i okazało się, że Cytryna postanowiła matce ulżyć (albo też zaczęło jej się tam w środku nudzić) i skierować się ku wyjściu. No i zarządzono mi minimum dwa tygodnie leżenia, "bo jak nie, to w każdej chwili może pani urodzić". No to leżę. I zasysam. Wytrzymać musimy minimum te dwa tygodnie, później na upartego Cytryna może się już rodzić.

No i załapałam fobię, że jesteśmy totalnie nieprzygotowani. Bo torbę do szpitala można teoretycznie spakować w 10 minut, ja mogę rodzić w starym podkoszulku, no ale przecież nie mamy w co tej Cytryny później ubrać. Teoretycznie ubranka można kupić w każdej chwili, ale trzeba przecież jeszcze je poprać. Już miałam wizję, że w trybie nagłym jadę na porodówkę, a moją jedyną myślą jest ta, że ubranka niepoprane. Że odsyłam Dawida, żeby ubranka poprał. I że ja rodzę, a Dawid w mieszkaniu siedzi i patrzy jak się te wszystkie śpioszki suszą. Paranoja:) Tak mnie ta cała wizja zestresowała (a jak mam dużo wolnego czasu, to takie scenariusze same mi się w głowie tworzą), że dziś wysłałam Dawida do sklepu w celu nabycia podstawowego zestawu śpioszków w rozmiarze najmniejszym. Dawid załatwił całą sprawę w trybie ekspresowym (ze mną to by trwało chyba pięć razy dłużej:)). Zaraz będziemy nastawiać pralkę:)