Zaczęło się od wymieniania wyrazów na literkę "O" (bo literka "O" jest aktualnie na tapecie w przedszkolu, a że Ewa zajęcia dydaktyczne z reguły olewa, to staramy się też powtórzyć co nieco w domu). No i wyszło, że nie jestem zbyt kreatywna - a może przeciwnie, jestem kreatywna aż za bardzo - bo po elementarzowym klasyku "oko" i po "okularach", jedyne, co przyszło mi do głowy to "ONOMATOPEJA".
A jak mi przyszło do głowy, to musiałam to słowo wypowiedzieć, bo to takie fajne słowo przecież.
I w tym momencie mój dotychczas nudny wywód na temat literki "O" wreszcie zaczął Ewę interesować, a słówko "ONOMATOPEJA" spodobało jej się nawet bardziej, niż podoba się mnie.
Ja: Onomatopeja.
Ewa: Onotopa...jadła... onoma... onoma...
Ja: Onomatopeja.
Ewa: Onoto...pto...peja
Ja: Onomatopeja.
Ewa: Onotopapeja...
Powtórzeń było więcej i nie wiem, czy Ewie udało się trafić dwa razy w tę samą kombinację głosek:) W każdym razie - jak potrzebujecie rozrywki na wieczór i macie pod ręką jakąś trzylatkę (trzylatek też się pewnie nada), to poproście ją/go o powtórzenie słowa ONOMATOPEJA:)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 listopada 2016
poniedziałek, 14 listopada 2016
Pełnia
O godzinie 4:17 obudziło mnie gadanie. Gadanie dobiegało z sypialni obok i brzmiało trochę tak, jakby ktoś czytał na głos książkę - taką z narratorem i dialogami. Słowa były trudne do rozróżnienia, ale intonacja i ekspresja jednoznacznie wskazywały na toczące się dyskusje.
Gdyby nie to, że znam już swoją córkę, pomyślałabym, że z kimś rozmawia. Albo coś sobie na głos czyta. Ale czytać jeszcze nie potrafi, o wyimaginowanych przyjaciół ją nie posądzam, a okna i drzwi, mam nadzieję, skutecznie izolują nieproszonych gości.
Robię więc to, co każdy normalny rodzic może zrobić o 4:17, słysząc gadające w pokoju obok dziecko.
IGNORUJĘ.
Gadanie jest jednak na tyle głośne, że sama nie mogę zasnąć.
Jakąś godzinę później, z pokoju obok słychać:
- "Tato! Tato! Tatusiu! Tatuuuusiuuuuu! Tatusiu! Tatusiu-Tatusiu-Tatusiu!!!" (Ewa wie, że jeśli chodzi o nocne nawoływania, to lepiej uderzać do Taty - ja zazwyczaj śpię jak kamień)
Wyskakuję więc z łóżka i zawracam Dawida, który na autopilocie jest już w połowie drogi. Skoro ja nie śpię, to równie dobrze mogę nie spać z Ewą.
Ewa wita mnie z entuzjazmem:
- "Mama! Tutaj będzie Twoja podusia (uklepuje mi miejsce obok siebie), a ta, różowa, jest moja. Będę małym pajączkiem..."
Kładę się i słucham monologu o tym, że pajączki złapały Księżniczkę Poppy, że ja jestem księżniczką, a ona "pajączusiem", że Mruk mnie uratuje, że idziemy na wyprawę... (cała opowieść jest pokłosiem obejrzanej niedawno bajki pod tytułem "Trolle" i naszej wczorajszej zabawy w zawijanie mnie w pajęczą sieć). I tak płynie ta opowieść, pojawiają się kolejni bohaterowie, a słowotok Ewy raz po raz przerywany jest ponaglającym: "głaszcz stópki!".
Nie przerywam głaskania nawet wtedy, kiedy Ewa na dłuższą chwilę cichnie, a ja mam nadzieję, że wreszcie udaje jej się przysnąć. Zerkam spod przymkniętych powiek, żeby sprawdzić - i widzę dwoje wielkich, wpatrzonych we mnie, niebieskich oczu.
Dzisiaj superpełnia księżyca.
(zdjęcie: http://www.gazetawroclawska.pl/wiadomosci/a/superpelnia-ksiezyca-2016-nad-polska-kiedy-ogladac-superksiezyc,11454195/)
Gdyby nie to, że znam już swoją córkę, pomyślałabym, że z kimś rozmawia. Albo coś sobie na głos czyta. Ale czytać jeszcze nie potrafi, o wyimaginowanych przyjaciół ją nie posądzam, a okna i drzwi, mam nadzieję, skutecznie izolują nieproszonych gości.
Robię więc to, co każdy normalny rodzic może zrobić o 4:17, słysząc gadające w pokoju obok dziecko.
IGNORUJĘ.
Gadanie jest jednak na tyle głośne, że sama nie mogę zasnąć.
Jakąś godzinę później, z pokoju obok słychać:
- "Tato! Tato! Tatusiu! Tatuuuusiuuuuu! Tatusiu! Tatusiu-Tatusiu-Tatusiu!!!" (Ewa wie, że jeśli chodzi o nocne nawoływania, to lepiej uderzać do Taty - ja zazwyczaj śpię jak kamień)
Wyskakuję więc z łóżka i zawracam Dawida, który na autopilocie jest już w połowie drogi. Skoro ja nie śpię, to równie dobrze mogę nie spać z Ewą.
Ewa wita mnie z entuzjazmem:
- "Mama! Tutaj będzie Twoja podusia (uklepuje mi miejsce obok siebie), a ta, różowa, jest moja. Będę małym pajączkiem..."
Kładę się i słucham monologu o tym, że pajączki złapały Księżniczkę Poppy, że ja jestem księżniczką, a ona "pajączusiem", że Mruk mnie uratuje, że idziemy na wyprawę... (cała opowieść jest pokłosiem obejrzanej niedawno bajki pod tytułem "Trolle" i naszej wczorajszej zabawy w zawijanie mnie w pajęczą sieć). I tak płynie ta opowieść, pojawiają się kolejni bohaterowie, a słowotok Ewy raz po raz przerywany jest ponaglającym: "głaszcz stópki!".
Nie przerywam głaskania nawet wtedy, kiedy Ewa na dłuższą chwilę cichnie, a ja mam nadzieję, że wreszcie udaje jej się przysnąć. Zerkam spod przymkniętych powiek, żeby sprawdzić - i widzę dwoje wielkich, wpatrzonych we mnie, niebieskich oczu.
Dzisiaj superpełnia księżyca.
(zdjęcie: http://www.gazetawroclawska.pl/wiadomosci/a/superpelnia-ksiezyca-2016-nad-polska-kiedy-ogladac-superksiezyc,11454195/)
czwartek, 29 września 2016
Ciemność
Idzie jesień, a wraz z nią nastają krótsze dni. Większość populacji raczej nie przepada za ciemnościami, ale Ewa, to już ustaliliśmy, nie jest większością populacji. Ewa ciemność lubi. Jeśli np. przypadkowo zgaszę jej światło, kiedy ona siedzi w łazience - to owszem, usłyszę protest, ale w momencie, w którym jej to światło znowu zapalę. Siedzenie po ciemku w szafie czy pod kocem - świetna zabawa. A jesienią i zimą to już w ogóle jest super - ciemno jest w zasadzie całe popołudnie, więc można pogasić wszystkie światła i bawić się w chowanego albo w "latarkowe zagadki" (rzucanie cieni różnych przedmiotów na ścianę i zgadywanie, co to za przedmiot, albo - to było sezon temu, kiedy z mówieniem było gorzej - oświetlanie jakiegoś przedmiotu/mebla latarką i mówienie, jak ten przedmiot się nazywa).
A jeśli na dworze nie jest jeszcze zupełnie ciemno, to zawsze można wejść do łazienki i zamknąć drzwi - łazienka nie ma okien, więc tam jest ciemno właściwie przez całą dobę.
Na zimę musimy koniecznie uzupełnić zapasy baterii do naszej licznej kolekcji latarek.
Ostatnio, zupełnie przez przypadek, nasza kolekcja znowu się powiększyła - a to za sprawą najnowszego numeru gazetki z Kubusiem Puchatkiem. W ramach "gadżetu gratis" znaleźliśmy tam małą latarkę z zestawem trzech przesłonek, za pomocą których można było wyświetlić Kubusia, Prosiaczka i pszczółkę. Oczywiście w zasadzie natychmiast udało nam się zgubić dwie z tych przesłonek, co oczywiście wywołało lekką rozpacz naszego dziecka. No ale mówi się trudno i żyje się dalej, prawda? W każdym razie latarkę trzeba było koniecznie wypróbować, tak więc wylądowaliśmy w trójkę w ciemnej łazience.
Siedzimy na podłodze, Dawid dzierży latarkę i wyświetlając mi Kubusia na policzku, mówi:
Dawid: Mama, wyglądasz jak Kubuś!
Ewa: Nie! Mama wygląda jak... potwór!
Bo w ciemności czają się potwory;)
A jeśli na dworze nie jest jeszcze zupełnie ciemno, to zawsze można wejść do łazienki i zamknąć drzwi - łazienka nie ma okien, więc tam jest ciemno właściwie przez całą dobę.
Na zimę musimy koniecznie uzupełnić zapasy baterii do naszej licznej kolekcji latarek.
Ostatnio, zupełnie przez przypadek, nasza kolekcja znowu się powiększyła - a to za sprawą najnowszego numeru gazetki z Kubusiem Puchatkiem. W ramach "gadżetu gratis" znaleźliśmy tam małą latarkę z zestawem trzech przesłonek, za pomocą których można było wyświetlić Kubusia, Prosiaczka i pszczółkę. Oczywiście w zasadzie natychmiast udało nam się zgubić dwie z tych przesłonek, co oczywiście wywołało lekką rozpacz naszego dziecka. No ale mówi się trudno i żyje się dalej, prawda? W każdym razie latarkę trzeba było koniecznie wypróbować, tak więc wylądowaliśmy w trójkę w ciemnej łazience.
Siedzimy na podłodze, Dawid dzierży latarkę i wyświetlając mi Kubusia na policzku, mówi:
Dawid: Mama, wyglądasz jak Kubuś!
Ewa: Nie! Mama wygląda jak... potwór!
Bo w ciemności czają się potwory;)
piątek, 16 września 2016
Chwila grozy
Od kilku dni Ewa męczyła nas, żebyśmy zabrali ją do sali zabaw. Wczoraj nareszcie nadszedł ten dzień. Odebrałam Ewę z przedszkola i napisałam do Dawida, że spotkamy się na miejscu.
Nasza ulubiona sala zabaw ostatnio się przebudowała, zmieniły się też zasady - do środka całej konstrukcji dziecko musi wejść samo, bez rodzica.
Wchodzimy na salę, Ewa ściąga buty, po czym następuje ten moment, w którym popełniam BŁĄD TAKTYCZNY - pozwalam jej zabrać do środka Kłapoucha, który akurat tego dnia MUSI Ewie we wszystkim towarzyszyć.
Dla tych, którzy nie wiedzą - Kłapouch to maskotka Ewy, w zasadzie dla niej bezcenna. Bez Klapoucha Ewa nie położy sie spać, a jak Ewa ma gorszy dzień - to w ogóle nie chce się z nim rozstawać. Nawet wyprać go trudno, bo to oznaczałoby wyłączenie go z obiegu na minimum kilka godzin - a na to zazwyczaj nie ma zgody. Raz juz Klapoucha zgubiliśmy - kupiłam więc dublera, ale Ewa bez problemu dublera rozpoznaje i traktuje go jak każdą inną maskotkę. Po macoszemu.
No więc Ewa wpada do środka, ja siadam na kanapie w barze. Mija może 10 minut, kiedy znowu zauważam Ewę. BEZ KŁAPOUCHA. Próbuje dowiedzieć się od Ewy, gdzie go podziała, biegam z paniką w oczach wokół konstrukcji (do której nie mogę wejść) próbując go gdzieś wypatrzeć. Jestem o krok od zaangażowania w poszukiwania obsługi i wyznaczenia nagrody dla dzieciaka, który maskotkę odnajdzie. Piszę do Dawida (który jeszcze nie przyszedł), że wtopiłam na całego, po cichu licząc na to, że zdąży zanim przeżyję załamanie nerwowe.
To chyba było najdłuższe 10 minut mojego życia.
I wtedy go widzę. W barze, na podłodze, pomiędzy stolikami.
Ufff.
Próbowałam później kilkakrotnie nakłonić Ewę, żeby poszukała Kłapoucha (nie mówiąc jej wcześniej, że go jednak znalazłam). Trochę się kręciła w miejscu, w którym go upuściła, ale nie skomentowała, że nie może go znaleźć.
Gdy wsiadaliśmy do samochodu, postanowiłam raz jeszcze ją o Kłapoucha spytać.
Ja: Ewa, a masz Kłapoucha?
Ewa (z niepokojem): Kłapouch!
Ja: Pamiętasz, zgubiłaś go w sali zabaw.
Ewa: Przynieś! (i po chwili dodaje) A my poczekamy.
Dobrze, że chociaż tyle. W końcu mogła mi kazać wracać autobusem;)
Próbowałam później kilkakrotnie nakłonić Ewę, żeby poszukała Kłapoucha (nie mówiąc jej wcześniej, że go jednak znalazłam). Trochę się kręciła w miejscu, w którym go upuściła, ale nie skomentowała, że nie może go znaleźć.
Gdy wsiadaliśmy do samochodu, postanowiłam raz jeszcze ją o Kłapoucha spytać.
Ja: Ewa, a masz Kłapoucha?
Ewa (z niepokojem): Kłapouch!
Ja: Pamiętasz, zgubiłaś go w sali zabaw.
Ewa: Przynieś! (i po chwili dodaje) A my poczekamy.
Dobrze, że chociaż tyle. W końcu mogła mi kazać wracać autobusem;)
niedziela, 11 września 2016
Wyprawa
Ewa: Jedźmy na wyprawę!
Ja: A gdzie na tą wyprawę mamy jechać?
Ewa: Do sali zabaw!
Pomysł niegłupi, szczególnie, że sala zabaw ma jedną, niezwykle cenną podczas upałów, zaletę - jest wyposażona w klimatyzację. Z drugiej jednak strony, Dawid zabrał Złomka i pojechał opijać z kolegami swoje zbliżające się, okrągłe urodziny, więc "wyprawa" obejmowałaby podróż w upale komunikacją miejską. Ciężka sprawa.
Ja: No dobrze, ale najpierw muszę wziąć prysznic i umyć włosy. (strategia: "odwlecz, może zapomni")
Ewa zajmuje się sobą, ja biorę spokojnie prysznic i myję włosy, po cichu licząc, że może jednak temat jakoś się (nomen omen) rozmyje.
Jakieś pół godziny później wydaje mi się, że Ewa w ferworze swoich bardzo ważnych poranno-sobotnich zajęć (obejmujących między innymi utopienie w ubikacji swoich spodni od piżamy) o całej wyprawie już dawno zapomniała. Zabieram się więc za rozwieszanie prania. Nagle czuję na sobie badawcze spojrzenie córki i po chwili słyszę:
Ewa: Czy jesteś już gotowa, mamoooo?
Ja: A na co? (strategia: "udawanie idiotki")
Ewa: Na wyprawę! (i cały misterny plan poszedł w ...)
Ja: No wiesz, muszę jeszcze wysuszyć włosy (pokazuję na turban z ręcznika na głowie)
Ewa wyciąga rękę i imitując dźwięk suszarki do włosów macha kilka razy w moim kierunku.
Ewa: Gotowe!
Zabawy wyimaginowanymi sprzętami poszły chyba za daleko...:)
Ja: A gdzie na tą wyprawę mamy jechać?
Ewa: Do sali zabaw!
Pomysł niegłupi, szczególnie, że sala zabaw ma jedną, niezwykle cenną podczas upałów, zaletę - jest wyposażona w klimatyzację. Z drugiej jednak strony, Dawid zabrał Złomka i pojechał opijać z kolegami swoje zbliżające się, okrągłe urodziny, więc "wyprawa" obejmowałaby podróż w upale komunikacją miejską. Ciężka sprawa.
Ja: No dobrze, ale najpierw muszę wziąć prysznic i umyć włosy. (strategia: "odwlecz, może zapomni")
Ewa zajmuje się sobą, ja biorę spokojnie prysznic i myję włosy, po cichu licząc, że może jednak temat jakoś się (nomen omen) rozmyje.
Jakieś pół godziny później wydaje mi się, że Ewa w ferworze swoich bardzo ważnych poranno-sobotnich zajęć (obejmujących między innymi utopienie w ubikacji swoich spodni od piżamy) o całej wyprawie już dawno zapomniała. Zabieram się więc za rozwieszanie prania. Nagle czuję na sobie badawcze spojrzenie córki i po chwili słyszę:
Ewa: Czy jesteś już gotowa, mamoooo?
Ja: A na co? (strategia: "udawanie idiotki")
Ewa: Na wyprawę! (i cały misterny plan poszedł w ...)
Ja: No wiesz, muszę jeszcze wysuszyć włosy (pokazuję na turban z ręcznika na głowie)
Ewa wyciąga rękę i imitując dźwięk suszarki do włosów macha kilka razy w moim kierunku.
Ewa: Gotowe!
Zabawy wyimaginowanymi sprzętami poszły chyba za daleko...:)
czwartek, 8 września 2016
Pobawmy się w rakietę
Ewa: Pobawmy się w rakietę!
Nigdy nie bawiliśmy się "w rakietę", nie bardzo więc wiemy, jak się do tego zabrać.
Dawid: A jak się bawi "w rakietę"?
Ewa biegnie w moim kierunku i wskazując na leżącą na kanapie kołdrę wydaje polecenie:
Ewa: Mama, nakryj się!
Przykrywam się, ale chyba niewystarczająco, bo za chwilę słyszę: Głowa! No to nakrywam głowę i czekam. Słyszę, że Ewa biegnie do Dawida i tłumaczy mu, że on też musi wleźć pod kołdrę. Po chwili jesteśmy już w trójkę.
Ewa: Startujemy!
Dawid: Ale chwila, chwila! Gdzie mamy lecieć?
Ewa: Hmmm... na Księżyc!
Dawid: Dobra, to odliczaj!
Ewa: Jeden... dwa... trzy... cztery...pięć... sześć... siedem... dziewięć...
Dawid: A gdzie "osiem"?
Ewa: Osiem... dziewięć... dziesięć... zerooooooo... start! (trudno jej jeszcze odliczać do tyłu, a wiadomo, że przed samym "start" musi być "zero", prawda? :))
Dawid: Lecimy!
Zaczynamy robić efekty dźwiękowe imitujące startującą rakietę i tzw. turbulencje. Po chwili Ewa wchodzi w stan nieważkości, wygenerowany rękami taty. Kilka salt w powietrzu - ciągle pod kołdrą - i znowu turbulencje podczas lądowania na Księżycu.
Dawid: Wylądowaliśmy!
Chwila śmiechu i...
Ewa: Lecimy znowu!
Wadą każdej dobrej zabawy jest to, że Ewa chciałaby ją natychmiast powtórzyć. Drugą wadą każdej dobrej zabawy jest to, że owa zabawa jest najczęściej dosyć męcząca dla rodzica (a.k.a. "generatora turbulencji i stanu nieważkości" :)). Dlatego trzeba wymyślić jakiś przerywnik, żeby rodzic mógł sobie odpocząć.
Dawid: No dobrze... Ale nasza rakieta chyba trochę się popsuła w trakcie lądowania.
Ja: No właśnie. Tu jej odpadł wihajster, trzeba przykręcić! (pokazuję na swoje kolano).
Ewa wstaje, wychodzi spod kołdry i wyimaginowanym śrubokrętem przykręca mi wyimaginowany wihajster do kolana.
Ja: A narzędzia? Gdzie masz narzędzia? (pytam w nadziei, że może pójdzie do swojego pokoju po skrzynkę z narzędziami, a my będziemy mogli na chwilkę wyleźć spod kołdry?)
Ewa patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem, który mówi: "No przecież już przykręciłam!".
Ewa: Lecimy!
Dawid: A prowiant?
Ewa nie wie, o co chodzi. Nie zna słowa "prowiant".
Ja: A jedzenie na podróż?
Ewa: Jedzenie! Prowiant!
Wyskakuje szybko spod kołdry i biegnie do półki z książkami.
Ewa: Muszę przynieść prowiant! Kawa i hamburger dla taty!
Jakbyście się zastanawiali, czym wg Ewy żywi się tata... :)
Po chwili Ewa znowu pakuje się pod kołdrę. W ręku dzierży wyimaginowany prowiant. Nam tymczasem skończyły się pomysły, jakby tu opóźnić kolejny lot, więc rozpoczynamy procedurę startu.
Dawid: Gdzie teraz lecimy?
Ewa: Na Marsa!
Dawid: To odliczaj!
Ewa: Jeden... dwa........
Turbulencje w drodze na Marsa były jeszcze silniejsze, niż na trasie Ziemia-Księżyc... Nie dla wszystkich takie wycieczki;)
Nigdy nie bawiliśmy się "w rakietę", nie bardzo więc wiemy, jak się do tego zabrać.
Dawid: A jak się bawi "w rakietę"?
Ewa biegnie w moim kierunku i wskazując na leżącą na kanapie kołdrę wydaje polecenie:
Ewa: Mama, nakryj się!
Przykrywam się, ale chyba niewystarczająco, bo za chwilę słyszę: Głowa! No to nakrywam głowę i czekam. Słyszę, że Ewa biegnie do Dawida i tłumaczy mu, że on też musi wleźć pod kołdrę. Po chwili jesteśmy już w trójkę.
Ewa: Startujemy!
Dawid: Ale chwila, chwila! Gdzie mamy lecieć?
Ewa: Hmmm... na Księżyc!
Dawid: Dobra, to odliczaj!
Ewa: Jeden... dwa... trzy... cztery...pięć... sześć... siedem... dziewięć...
Dawid: A gdzie "osiem"?
Ewa: Osiem... dziewięć... dziesięć... zerooooooo... start! (trudno jej jeszcze odliczać do tyłu, a wiadomo, że przed samym "start" musi być "zero", prawda? :))
Dawid: Lecimy!
Zaczynamy robić efekty dźwiękowe imitujące startującą rakietę i tzw. turbulencje. Po chwili Ewa wchodzi w stan nieważkości, wygenerowany rękami taty. Kilka salt w powietrzu - ciągle pod kołdrą - i znowu turbulencje podczas lądowania na Księżycu.
Dawid: Wylądowaliśmy!
Chwila śmiechu i...
Ewa: Lecimy znowu!
Wadą każdej dobrej zabawy jest to, że Ewa chciałaby ją natychmiast powtórzyć. Drugą wadą każdej dobrej zabawy jest to, że owa zabawa jest najczęściej dosyć męcząca dla rodzica (a.k.a. "generatora turbulencji i stanu nieważkości" :)). Dlatego trzeba wymyślić jakiś przerywnik, żeby rodzic mógł sobie odpocząć.
Dawid: No dobrze... Ale nasza rakieta chyba trochę się popsuła w trakcie lądowania.
Ja: No właśnie. Tu jej odpadł wihajster, trzeba przykręcić! (pokazuję na swoje kolano).
Ewa wstaje, wychodzi spod kołdry i wyimaginowanym śrubokrętem przykręca mi wyimaginowany wihajster do kolana.
Ja: A narzędzia? Gdzie masz narzędzia? (pytam w nadziei, że może pójdzie do swojego pokoju po skrzynkę z narzędziami, a my będziemy mogli na chwilkę wyleźć spod kołdry?)
Ewa patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem, który mówi: "No przecież już przykręciłam!".
Ewa: Lecimy!
Dawid: A prowiant?
Ewa nie wie, o co chodzi. Nie zna słowa "prowiant".
Ja: A jedzenie na podróż?
Ewa: Jedzenie! Prowiant!
Wyskakuje szybko spod kołdry i biegnie do półki z książkami.
Ewa: Muszę przynieść prowiant! Kawa i hamburger dla taty!
Jakbyście się zastanawiali, czym wg Ewy żywi się tata... :)
Po chwili Ewa znowu pakuje się pod kołdrę. W ręku dzierży wyimaginowany prowiant. Nam tymczasem skończyły się pomysły, jakby tu opóźnić kolejny lot, więc rozpoczynamy procedurę startu.
Dawid: Gdzie teraz lecimy?
Ewa: Na Marsa!
Dawid: To odliczaj!
Ewa: Jeden... dwa........
Turbulencje w drodze na Marsa były jeszcze silniejsze, niż na trasie Ziemia-Księżyc... Nie dla wszystkich takie wycieczki;)
piątek, 19 sierpnia 2016
Skutki uboczne procesu twórczego
Bywa tak, że akt twórczy wymaga poświęceń - zarówno od artysty, jak i jego otoczenia. Czasami dzieło, mimo, iż niewielkiego formatu, wymaga odpowiedniej ekspresji.
Czasami akt twórczy kończy się praniem firan. A "otoczenie artysty" vel "osoba piorąca" zastanawia się, jak u diabła niespełna metrowe dziecko, siedzące cały czas grzecznie w krzesełku, zdołało zachlapać czerwoną farbką firanę na wysokości karnisza:)
Czasami akt twórczy kończy się praniem firan. A "otoczenie artysty" vel "osoba piorąca" zastanawia się, jak u diabła niespełna metrowe dziecko, siedzące cały czas grzecznie w krzesełku, zdołało zachlapać czerwoną farbką firanę na wysokości karnisza:)
poniedziałek, 11 lipca 2016
Pracowity poranek
Gdzieś koło godziny 4 rano obudziło mnie gadanie. Mój niezawodny pod tym względem instynkt podpowiadał mi, że jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby wstawać - więc gadanie zignorowałam. Ale monolog zza ściany nie ustawał przez kolejne kilkanaście minut, na dworze było już w zasadzie jasno, a ja zaledwie cztery godziny wcześniej nałykałam się tabletek z pseudoefedryną, toteż natychmiastowe zaśnięcie nie było takie łatwe, jak mi się z początku wydawało. Postanowiłam więc wstać i spróbować wyeliminować chociażby jeden czynnik rozpraszający - spacyfikować gadułę.
Idę więc do pokoju obok i widzę ją siedzącą w kącie, odgrywającą jakieś scenki Kłapouchem.
- Chcesz przyjść do nas do sypialni...? A może mama ma się położyć tutaj z tobą?
- Tak.
Kładę się, nakrywam po samą szyję kołdrą, Ewa kładzie się koło mnie.
- No, to którą stópkę mam najpierw zacząć głaskać?
I tak leżymy sobie przez chwilkę, już, już mam nadzieję, że jeszcze sobie przyśniemy. Ale monolog zaczyna się znowu. Żeby tylko monolog! Są też piosenki i wierszyki, i odgrywanie scenki z "Dzwoneczka", w której to jedna z wróżek budzi jakiegoś opornego króliczka krzycząc mu do ucha "wstawaj śpiochu!". Zgadnijcie, kto był króliczkiem...
Po jakimś czasie zmienia mnie Dawid, później, gdzieś koło szóstej, zmieniam go ja.
Na szczęście trzy lata to wystarczająco zaawansowany wiek, żeby można było zainstalować się z dzieckiem na kanapie, dać mu coś do jedzenia, rzucić kilka książek i liczyć na to, że zajmie się sobą, podczas gdy samemu uskutecznia się "jeszcze pięć minutek".
Plan jest genialny w swej prostocie i ma duże szanse powodzenia. Do momentu, kiedy pacyfikowana trzylatka nie postanowi się na rodzicu położyć i wyśpiewać mu prosto do ucha: "niech się tu nie schodzą łakomczuszki mu-uuu-szki!".
Do godziny 7:30 Ewa zdążyła przeczytać kilka książeczek, odszukać Walliego na kilkunastu obrazkach, pobawić się Lego, wypić kakao, zjeść grzanki, zjeść loda z truskawek, namalować farbami dwa obrazki, zainscenizować kilkanaście razy wybrane scenki z filmu z Dzwoneczkiem (przy użyciu półprzytomnej matki), zaśpiewać kilka piosenek i powiedzieć kilka wierszyków (w tym stworzyć jedno kreatywne połączenie wierszyka o czerwonych jabłuszkach i piosenki o zielonym ogórku).
Zanim ubrałam ją przed wyjściem do przedszkola, musiałam najpierw zmyć z niej różnokolorowe plamy z farb i truskawek (z twarzy i korpusu - bo w taką pogodę najlepiej maluje się topless, pamiętajcie).
Poniżej dzieła Ewy z dzisiejszego poranka, określone przez Dawida jako "wczesny Degas - no, albo któryś z tych, co to malowali kropkami":)) Chociaż to drugie to mi bardziej pod Van Gogha podchodzi. No nic, wychodzi na to, że czas obciąć Ewie ucho i zacząć trzepać kasę na jej niewątpliwym talencie:)
PS. A tak zupełnie serio w temacie malarstwa i autystycznych dzieci - nie wiem, czy słyszeliście o sześcioletniej Iris Grace i jej obrazach: https://irisgracepainting.com/. Niesamowite:)
Idę więc do pokoju obok i widzę ją siedzącą w kącie, odgrywającą jakieś scenki Kłapouchem.
- Chcesz przyjść do nas do sypialni...? A może mama ma się położyć tutaj z tobą?
- Tak.
Kładę się, nakrywam po samą szyję kołdrą, Ewa kładzie się koło mnie.
- No, to którą stópkę mam najpierw zacząć głaskać?
I tak leżymy sobie przez chwilkę, już, już mam nadzieję, że jeszcze sobie przyśniemy. Ale monolog zaczyna się znowu. Żeby tylko monolog! Są też piosenki i wierszyki, i odgrywanie scenki z "Dzwoneczka", w której to jedna z wróżek budzi jakiegoś opornego króliczka krzycząc mu do ucha "wstawaj śpiochu!". Zgadnijcie, kto był króliczkiem...
Po jakimś czasie zmienia mnie Dawid, później, gdzieś koło szóstej, zmieniam go ja.
Na szczęście trzy lata to wystarczająco zaawansowany wiek, żeby można było zainstalować się z dzieckiem na kanapie, dać mu coś do jedzenia, rzucić kilka książek i liczyć na to, że zajmie się sobą, podczas gdy samemu uskutecznia się "jeszcze pięć minutek".
Plan jest genialny w swej prostocie i ma duże szanse powodzenia. Do momentu, kiedy pacyfikowana trzylatka nie postanowi się na rodzicu położyć i wyśpiewać mu prosto do ucha: "niech się tu nie schodzą łakomczuszki mu-uuu-szki!".
Do godziny 7:30 Ewa zdążyła przeczytać kilka książeczek, odszukać Walliego na kilkunastu obrazkach, pobawić się Lego, wypić kakao, zjeść grzanki, zjeść loda z truskawek, namalować farbami dwa obrazki, zainscenizować kilkanaście razy wybrane scenki z filmu z Dzwoneczkiem (przy użyciu półprzytomnej matki), zaśpiewać kilka piosenek i powiedzieć kilka wierszyków (w tym stworzyć jedno kreatywne połączenie wierszyka o czerwonych jabłuszkach i piosenki o zielonym ogórku).
Zanim ubrałam ją przed wyjściem do przedszkola, musiałam najpierw zmyć z niej różnokolorowe plamy z farb i truskawek (z twarzy i korpusu - bo w taką pogodę najlepiej maluje się topless, pamiętajcie).
Poniżej dzieła Ewy z dzisiejszego poranka, określone przez Dawida jako "wczesny Degas - no, albo któryś z tych, co to malowali kropkami":)) Chociaż to drugie to mi bardziej pod Van Gogha podchodzi. No nic, wychodzi na to, że czas obciąć Ewie ucho i zacząć trzepać kasę na jej niewątpliwym talencie:)
PS. A tak zupełnie serio w temacie malarstwa i autystycznych dzieci - nie wiem, czy słyszeliście o sześcioletniej Iris Grace i jej obrazach: https://irisgracepainting.com/. Niesamowite:)
sobota, 9 lipca 2016
Podręczny zestaw do kąpieli
Jedną z ulubionych rozrywek mojego dziecka jest moczenie się w wodzie. Basen, wanienka z wodą wystawiona na taras, piaskownica wypełniona po burzy deszczówką, fontanna w centrum handlowym, ba, choćby małe wiaderko z wodą - jak Ewa zobaczy wodę, to automatycznie załącza się jej w głowie procedura: "1. Rozebrać się do naga 2. Wejść do zbiornika z wodą".
Raz na jakiś czas podejmuję się karkołomnego zadania "odgruzowania" wanny i ograniczenia nieco liczby przedmiotów, które tam się znajdują.
Wczoraj był jeden z tych dni.
Oprócz oczywistych gadżetów przeznaczonych do kąpieli, w wannie znalazłam między innymi:
- filiżanki/talerzyki/łyżeczki/dzbanuszki - elementy minimum 3 różnych zabawkowych serwisów do herbaty,
- dwie lalki barbie,
- kilkanaście plastikowych figurek z jajek z niespodzianką,
- kilkanaście plastikowych rybek z magnesami (wędki, która też była w zestawie, niestety nie znalazłam),
- wiaderko, plastikowe grabki, konewkę i foremkę do piasku,
- maskę i rurkę do pływania,
- siatkę do prania,
- butelkę ze spryskiwaczem,
- dużą chochlę do zupy.
Liczba zabaw, które można wymyślić z takim zestawem jest praktycznie nieograniczona...:)
Najprostszym i najbardziej oczywistym sposobem na zanurzenie się w wodzie jest oczywiście kąpiel. W zależności od fantazji Ewa uskutecznia kąpiele w wannie, w wanience/misce postawionej w wannie lub w wanience/misce postawionej pod prysznicem. Najczęściej jednak ląduje w wannie, stąd też wanna jest u nas składowiskiem różnego rodzaju akcesoriów i zabawek, których Ewa do kąpieli używa.
Raz na jakiś czas podejmuję się karkołomnego zadania "odgruzowania" wanny i ograniczenia nieco liczby przedmiotów, które tam się znajdują.
Wczoraj był jeden z tych dni.
Oprócz oczywistych gadżetów przeznaczonych do kąpieli, w wannie znalazłam między innymi:
- filiżanki/talerzyki/łyżeczki/dzbanuszki - elementy minimum 3 różnych zabawkowych serwisów do herbaty,
- dwie lalki barbie,
- kilkanaście plastikowych figurek z jajek z niespodzianką,
- kilkanaście plastikowych rybek z magnesami (wędki, która też była w zestawie, niestety nie znalazłam),
- wiaderko, plastikowe grabki, konewkę i foremkę do piasku,
- maskę i rurkę do pływania,
- siatkę do prania,
- butelkę ze spryskiwaczem,
- dużą chochlę do zupy.
Liczba zabaw, które można wymyślić z takim zestawem jest praktycznie nieograniczona...:)
wtorek, 5 lipca 2016
O Pyszczu, co jeździł koleją
Właśnie zaliczyłyśmy z Ewą drugą wyprawę pociągiem (w wersji "na bogato", czyli Pendolino) na trasie Warszawa-Gdańsk-Warszawa, więc można śmiało stwierdzić, że Gwiazda jest już doświadczonym podróżnikiem. Pierwsza wyprawa miała miejsce jeszcze w kwietniu i jechaliśmy w trójkę, drugą odbyłyśmy już tylko we dwie.
W tym miejscu wypadałoby zaznaczyć, iż nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie dwa niezmiernie ważne gadżety: iPad i zakupiona-na-dworcu-gazetka-z-wróżkami/księżniczkami/puchatkami/itd.-i-plastikowym-czymśtam-gratis. Tematem przewodnim poprzedniego wyjazdu były "skrzydełka wróżki i różdżka" - dzięki którym dało się zaczarować pociąg tak, aby ruszył. Tak ją skutecznie z Dawidem wkręciliśmy ruszając z Centralnej ("No, Ewa, czaruj, abrakadabra, hokus pokus... raaaaaaaz....dwaaaaaaaa.... trzy..... i.... i..... iiiiiii.....!!! No ale czekaj, nie pacnęłaś różdżką! Iiiiiii....! JUŻ!"), że mieliśmy ubaw aż do Gdańska, bo za każdym razem jak pociąg miał ruszyć z kolejnej stacji, Ewa z równym przejęciem "czarowała".
Tym razem zaopatrzyłyśmy się w nową bajkę na drogę, właśnie o Dzwoneczku, więc kolejny numer wróżkowej gazetki miał być niejako dopełnieniem - tyle, że dworcowe kioski nie były na naszą magię przygotowane i nie posiadały w swym asortymencie odpowiedniej prasy. Na szczęście "Księżniczki" (na trasie Warszawa-Gdańsk) i "Klinika dla pluszaków" (na trasie Gdańsk-Warszawa) dały radę.
Największym zaś rozczarowaniem całej podróży był zestaw "produktów mężczyznopodobnych", z którymi przyszło nam się zetknąć podczas wysiadania w Gdańsku. Cała operacja wsiadania i wysiadania była bowiem najbardziej newralgicznym punktem całej wycieczki - trzeba było ogarnąć w czasie i przestrzeni: 1) Gwiazdę (wraz z Heniem na głowie), 2) wielką walizę, 3) plecak (to najłatwiej, bo na plecach). I niby ręce mam dwie, ale jednak wziąć jednocześnie w ręce walizę i Ewę i wysiąść z pociągu nie jest tak łatwo. Tutaj pojawia się dylemat: zostawić Ewę w pociągu, wytargać walizkę na peron, wrócić po Ewę (ale co zrobić, jeśli w momencie, kiedy ja jestem zajęta targaniem walizki, Ewa jednak ruszy za mną, potknie się na schodkach pociągu i z nich zleci, pół biedy, jeśli na peron, ale co, jeżeli spadnie na tory)? Czy: wynieść Ewę na peron, postawić i przykazać, żeby czekała, i wtedy wynieść walizkę (ale na peronie tłok, ludzie się przepychają, ktoś ją jeszcze popchnie, zabierze, albo ona odwróci się i pobiegnie gonić gołębia, który właśnie sfrunął z peronu na tory...)? No ciężka sprawa. Po cichu liczyłam na to, że ktoś - nie wiem, na przykład któryś z wysiadających panów (a było ich sporo, wiecie, pielgrzymka na Open'era), zobaczy kobietę z dzieckiem i wielką walizą, i nie wiem, zapyta: "może pani pomóc"? Nie liczę na to, że ktoś mi tę walizę wytarga z pociągu, o nie, ja wiem, że równouprawnienie i takie tam, a poza tym, to faceci rachityczni teraz są, wiotcy tacy... Ja sobie tę walizę taką wielką spakowałam, to ja sobie ją mogę targać, dam radę. Ale mógłby któryś chociaż zaproponować: "to ja pani dziecko przytrzymam/podam". Drobiażdżek taki, a jak pomocny!
Gdzie tam. W jednej ręce walizka, drugą trzymam Pyszcza, najpierw wysiada walizka, później ja, za mną Pyszcz, staczamy się razem na peron. "Powoli Ewa, po jednym stopniu, patrz pod nogi!" - mówię, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem i miejsce, w którym ląduje walizka, i nogi Pyszcza.
"Powooooli!" - słyszę za plecami cenną uwagę jednego z panów. Bardzo pomocne, bardzo.
Na szczęście przy pozostałych operacjach wsiadania/wysiadania z pociągu miałyśmy wsparcie;)
W tym miejscu wypadałoby zaznaczyć, iż nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie dwa niezmiernie ważne gadżety: iPad i zakupiona-na-dworcu-gazetka-z-wróżkami/księżniczkami/puchatkami/itd.-i-plastikowym-czymśtam-gratis. Tematem przewodnim poprzedniego wyjazdu były "skrzydełka wróżki i różdżka" - dzięki którym dało się zaczarować pociąg tak, aby ruszył. Tak ją skutecznie z Dawidem wkręciliśmy ruszając z Centralnej ("No, Ewa, czaruj, abrakadabra, hokus pokus... raaaaaaaz....dwaaaaaaaa.... trzy..... i.... i..... iiiiiii.....!!! No ale czekaj, nie pacnęłaś różdżką! Iiiiiii....! JUŻ!"), że mieliśmy ubaw aż do Gdańska, bo za każdym razem jak pociąg miał ruszyć z kolejnej stacji, Ewa z równym przejęciem "czarowała".
Tym razem zaopatrzyłyśmy się w nową bajkę na drogę, właśnie o Dzwoneczku, więc kolejny numer wróżkowej gazetki miał być niejako dopełnieniem - tyle, że dworcowe kioski nie były na naszą magię przygotowane i nie posiadały w swym asortymencie odpowiedniej prasy. Na szczęście "Księżniczki" (na trasie Warszawa-Gdańsk) i "Klinika dla pluszaków" (na trasie Gdańsk-Warszawa) dały radę.
Największym zaś rozczarowaniem całej podróży był zestaw "produktów mężczyznopodobnych", z którymi przyszło nam się zetknąć podczas wysiadania w Gdańsku. Cała operacja wsiadania i wysiadania była bowiem najbardziej newralgicznym punktem całej wycieczki - trzeba było ogarnąć w czasie i przestrzeni: 1) Gwiazdę (wraz z Heniem na głowie), 2) wielką walizę, 3) plecak (to najłatwiej, bo na plecach). I niby ręce mam dwie, ale jednak wziąć jednocześnie w ręce walizę i Ewę i wysiąść z pociągu nie jest tak łatwo. Tutaj pojawia się dylemat: zostawić Ewę w pociągu, wytargać walizkę na peron, wrócić po Ewę (ale co zrobić, jeśli w momencie, kiedy ja jestem zajęta targaniem walizki, Ewa jednak ruszy za mną, potknie się na schodkach pociągu i z nich zleci, pół biedy, jeśli na peron, ale co, jeżeli spadnie na tory)? Czy: wynieść Ewę na peron, postawić i przykazać, żeby czekała, i wtedy wynieść walizkę (ale na peronie tłok, ludzie się przepychają, ktoś ją jeszcze popchnie, zabierze, albo ona odwróci się i pobiegnie gonić gołębia, który właśnie sfrunął z peronu na tory...)? No ciężka sprawa. Po cichu liczyłam na to, że ktoś - nie wiem, na przykład któryś z wysiadających panów (a było ich sporo, wiecie, pielgrzymka na Open'era), zobaczy kobietę z dzieckiem i wielką walizą, i nie wiem, zapyta: "może pani pomóc"? Nie liczę na to, że ktoś mi tę walizę wytarga z pociągu, o nie, ja wiem, że równouprawnienie i takie tam, a poza tym, to faceci rachityczni teraz są, wiotcy tacy... Ja sobie tę walizę taką wielką spakowałam, to ja sobie ją mogę targać, dam radę. Ale mógłby któryś chociaż zaproponować: "to ja pani dziecko przytrzymam/podam". Drobiażdżek taki, a jak pomocny!
Gdzie tam. W jednej ręce walizka, drugą trzymam Pyszcza, najpierw wysiada walizka, później ja, za mną Pyszcz, staczamy się razem na peron. "Powoli Ewa, po jednym stopniu, patrz pod nogi!" - mówię, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem i miejsce, w którym ląduje walizka, i nogi Pyszcza.
"Powooooli!" - słyszę za plecami cenną uwagę jednego z panów. Bardzo pomocne, bardzo.
Na szczęście przy pozostałych operacjach wsiadania/wysiadania z pociągu miałyśmy wsparcie;)
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Pada
Bo w czasie deszczu trzeba być przygotowanym na wszelkie ewentualności. A parasola nie bierze się po to, żeby bezproduktywnie się kurzył gdzieś na podłodze auta, prawda?
sobota, 7 maja 2016
Latarki
Zaczęło się chyba od tego, że kiedyś (jakieś dwa lata temu
prawie) Dziadek G zauważył słabość Ewy do latarek. Zaczął więc zwozić jej więc
kolejne egzemplarze – klasyczne, w różnego rodzaju rozmiarach, ale też
mrygające światełka do rowerów, czołówki, latareczki z przezroczami z obrazkami
dinozaurów… no wszystko tam było. W pewnym momencie w naszym mieszkaniu chyba w
każdym pomieszczeniu można było znaleźć minimum jedną latarkę (co jest w sumie
bardzo przydatne w przypadku jakiegoś blackout’u). Co ciekawe, Dziadek G
zgodził się nawet te latarki wnuczce serwisować – raz na jakiś czas zajeżdżał
do nas z zapasem baterii.
Ostatnio jedna z latarek się zepsuła. Ale tak zepsuła, że
trzeba ją niestety było spisać na straty.
Napomknęłam o tym przedwczoraj Dziadkowi G. Dostałam od razu
polecenie, że powinniśmy wykonać dokładny audyt stanu latarek, z wyraźną
informacją, jaki rodzaj latarek jest najbardziej przez Pyszcza preferowany.
Wczoraj Dziadek G zaoferował, że pożyczy Ewie jedną ze
swoich ulubionych latarek, które wozi w samochodzie. Latarka ma wszystko – dwa tryby
świecenia, rączkę, którą dodatkowo można świecić czerwonym mrygającym
światełkiem, młotek, którym można rozbić szybę w samochodzie i nożyk. Do tego
wszystkiego można tę latarkę naładować ręcznie, kręcąc korbką. No jakbym miała
utknąć gdzieś pod jakąś lawiną, to tylko z taką latarką! Tak więc latarkę
Dziadek G pożyczy Ewie, a my mamy obserwować, czy jej się taka latarka spodoba –
jeśli tak, to kupi jej identyczną.
Dzisiaj z kolei Dziadek G zajechał nieoczekiwanie pod
budynek, w którym mam zajęcia i wręczył mi jeszcze dwie małe latarki (jedną z
nich można przyczepić do czegoś jako breloczek) oraz latarkę w kształcie
kamienia ładowaną małym solarem:)
poniedziałek, 21 marca 2016
Jak strollować autystę? :)
Dawno, dawno temu, jeszcze zanim pojawiła się Ewa (a w zasadzie - jeszcze zanim pojawił się w moim życiu Dawid:)) kupiłam sobie puzzle z Kubusiem Puchatkiem. Obrazek o tyle fajny, że będący mozaiką tysięcy maluteńkich obrazków - również z bajek o Puchatku.
Puzzle przeprowadzały się ze mną z miejsca na miejsce, a odkąd pojawiła się Ewa - czekam na moment, kiedy będziemy mogły ułożyć je razem (chociaż pewnie jeszcze trochę to potrwa - puzzle mają 1000 elementów i są szalenie trudne do ułożenia). Odkąd mieszkamy w tym mieszkaniu - leżą sobie w kanciapie na półce i czekają na lepsze czasy.
Oczywiście kwestią czasu było to, kiedy Ewa wreszcie je dojrzy. A jak już dojrzała wysoko na półce napis "Disney" i obrazek z Puchatkiem, to ZAŻĄDAŁA natychmiastowego udostępnienia puzzli.
No nic, chciałaś, MASZ:)
Dorwała pudełko, otworzyła, zobaczyła tysiąc elementów, wyciągnęła pierwszy z brzegu i... "O, Puchatek je miodek!" "Tygrys!" "Prosiaczek!"
I tak dalej w tym stylu, przez kolejny kwadrans. Tego ranka mogłam spokojnie zrobić śniadanie i się umalować. Nie zdążyła oczywiście obejrzeć wszystkich tysiąca elementów, z pudełka wyciągnęła zaledwie kilka czy kilkanaście - co oznacza, że jeszcze wiele przed nią:)
A później na stoliku znalazłam to:
Nie do końca o to chodziło, ale... może być:)
niedziela, 13 marca 2016
Podział ról
Od jakiegoś czasu Ewa lubi wcielać się w różne role - a może w zasadzie nadawać sobie i nam nowe imiona - najczęściej z ulubionych bajek. Pisałam już o Śwince Peppie, dzisiaj będzie natomiast o kilku innych bajkach, gdyż doszłam wreszcie do tego, według jakiego klucza poszczególne role/imiona są przydzielane.
Dawid dostaje rolę głównego bohatera/samca alfa (Sully - "Potwory i Spółka", Simba - "Król Lew").
Ewa przydziela sobie rolę najlepszego przyjaciela głównego bohatera (Mike - "Potwory i Spółka", Timon - "Król Lew").
Ja otrzymuję "to co zostanie" (Boo - "Potwory i Spółka", Pumba - "Król Lew").
Dzisiaj postanowiłam - z lekkim wyrzutem - podzielić się tą teorią z Dawidem. Natychmiast postanowiliśmy ją przetestować, wypytując Ewę, jakie role przydzieli nam na podstawie bajki "Auta".
Dawid: "Ewa, bawimy się w Auta. Kim ja jestem?"
Ewa: "Zygzak MacQueen" (do przewidzenia)
Dawid: "A ty, kim jesteś?"
Ewa: "Złomek!" (do przewidzenia)
Dawid: "A mama?"
Ewa: *cisza*
Ewa długo nie miała pomysłu na to, jaką rolę mi przydzielić. Dawid postanowił podsunąć jej jakieś pomysły:
Dawid: "Ewa, a może mama będzie Heńkiem?" (taki wredny kombajn, wielki i ciągle wściekły)
Ewa: "Nie!" (no, chociaż coś)
Dawid: "A może Marian?" (ciapowata ciężarówka, która zgubiła głównego bohatera na autostradzie w drodze na wyścig)
Ewa: "Tak, Marian!"

I w ten sposób stałam się Marianem. Dawid sam się chyba nie spodziewał, że Ewa będzie przez resztę dnia w ten sposób się do mnie zwracać.
Wieczorem żegnałam się z Ewą, daję jej buziaka i mówię dobranoc.
Ewa: "Dobranoc Marianku!"
Ja: "No hej, ale jak to, ja tak nie chcę!"
Dawid (postanowił mi pomóc, widać sumienie go ruszyło): "Ewa, powiedz tak: dobranoc mamusiu!"
Ewa: "... Dobranoc Marianku!"
Wydziedziczę ją, jak nic.
A tak w ogóle to mam wrażenie, że oni trzymają wspólny front częściej, niż mi się wydaje. Wczoraj na przykład Ewa uparła się, żebym to ja z nią wieczorem została, mimo, że była kolej Dawida. Dopiero później przypomniałam sobie, że słyszałam, jak Dawid mówił: "A jakbyś dzisiaj szybko zasnęła, to tata zdążyłby jeszcze obejrzeć drugą połowę meczu". Przypadek?
Dawid dostaje rolę głównego bohatera/samca alfa (Sully - "Potwory i Spółka", Simba - "Król Lew").
Ewa przydziela sobie rolę najlepszego przyjaciela głównego bohatera (Mike - "Potwory i Spółka", Timon - "Król Lew").
Ja otrzymuję "to co zostanie" (Boo - "Potwory i Spółka", Pumba - "Król Lew").
Dawid: "Ewa, bawimy się w Auta. Kim ja jestem?"
Ewa: "Zygzak MacQueen" (do przewidzenia)
Dawid: "A ty, kim jesteś?"
Ewa: "Złomek!" (do przewidzenia)
Dawid: "A mama?"
Ewa: *cisza*
Ewa długo nie miała pomysłu na to, jaką rolę mi przydzielić. Dawid postanowił podsunąć jej jakieś pomysły:
Dawid: "Ewa, a może mama będzie Heńkiem?" (taki wredny kombajn, wielki i ciągle wściekły)
Ewa: "Nie!" (no, chociaż coś)
Dawid: "A może Marian?" (ciapowata ciężarówka, która zgubiła głównego bohatera na autostradzie w drodze na wyścig)
Ewa: "Tak, Marian!"

I w ten sposób stałam się Marianem. Dawid sam się chyba nie spodziewał, że Ewa będzie przez resztę dnia w ten sposób się do mnie zwracać.
Wieczorem żegnałam się z Ewą, daję jej buziaka i mówię dobranoc.
Ewa: "Dobranoc Marianku!"
Ja: "No hej, ale jak to, ja tak nie chcę!"
Dawid (postanowił mi pomóc, widać sumienie go ruszyło): "Ewa, powiedz tak: dobranoc mamusiu!"
Ewa: "... Dobranoc Marianku!"
Wydziedziczę ją, jak nic.
A tak w ogóle to mam wrażenie, że oni trzymają wspólny front częściej, niż mi się wydaje. Wczoraj na przykład Ewa uparła się, żebym to ja z nią wieczorem została, mimo, że była kolej Dawida. Dopiero później przypomniałam sobie, że słyszałam, jak Dawid mówił: "A jakbyś dzisiaj szybko zasnęła, to tata zdążyłby jeszcze obejrzeć drugą połowę meczu". Przypadek?
sobota, 5 marca 2016
Moja Mała Bohaterka
Jeszcze tylko dwie godziny i będę w domu, a to oznacza, że pierwszy zjazd mojego kursu będzie można uznać za zakończonyJ Chwalę się tym, bo Moja Kochana Córeczka dzielnie dała sobie radę i nie dała się smuteczkom spowodowanym nieobecnością „Mamusia”. Wprawdzie była lekka rozpacz w piątek rano, jak się żegnałyśmy, ale myślę, że jednak dobrą strategią jest mówienie, że mamy nie będzie tyle i tyle czasu. Ewa protestuje wtedy tylko w momencie, w którym jeszcze jest sens protestować – czyli przy pożegnaniu właśnie. Później jest spokój, bo wie, czego się spodziewać i wie, że jak powiedziałam, że wrócę danego dnia o danej godzinie, to tak będzie, więc wystarczy tylko cierpliwie poczekać. Moja córka jest nie tylko dzielna, ale i bardzo rozsądnaJ
Stęskniłam się bardzo:)
No i bardzo dzielny jest też mój kochany Mąż - dał radę, zaliczył wspólnie z Ewą basen i wycieczkę " na frytki":)
środa, 2 marca 2016
Pytanie
Sprawić, że córka posikała się ze śmiechu - czy to jest bardziej wpadka podczas odpieluchowywania dziecka, czy sukces komediowy?
[małe wyjaśnienie: to oczywiście nie ja doprowadziłam Ewę do takiego stanu, ale Mój Najdroższy Mąż. Ja nie posiadam takich mocy. Moją mocą są co najwyżej przytulaski:))]
[małe wyjaśnienie: to oczywiście nie ja doprowadziłam Ewę do takiego stanu, ale Mój Najdroższy Mąż. Ja nie posiadam takich mocy. Moją mocą są co najwyżej przytulaski:))]
poniedziałek, 29 lutego 2016
Test na spostrzegawczość
Kiedyś było tak, że jak Ewa rzuciła jakąś uwagę czy słowo, która kompletnie nie miała dla nas sensu,to myśleliśmy sobie: "coś jej się pomieszało". Ale szybko nauczyliśmy się, że jej się NIE MIESZA. Jeśli w danym momencie, oglądając np. książkę o różnych technikach plastycznych, rzuci np. "Disney", to znaczy, że tam jest coś, co jednoznacznie kojarzy się z Disney'em. My możemy tego nie zauważać, ale TO TAM JEST (w tej akurat książce, na jednej z ilustracji przedstawiającej uliczki Paryża, widać plakat filmowy, na którym jest znaczek Disneya).
Zaakceptowaliśmy więc fakt, że nasza córka jest od nas bardziej spostrzegawcza, i jak teraz Ewa powie coś na pozór absurdalnego, my zaczynamy grać w grę - "kto pierwszy znajdzie".
Dzisiaj mała próbka dla naszych Czytelników.
Ewa trzyma w ręku opakowanie od DVD z Kubusiem Puchatkiem. I nagle rzuca hasło: "Miki płynie statkiem!".
Widzicie? Nie? To podpowiedź. Szukajcie tutaj:
Ciągle nie? To przyjrzyjcie się temu malutkiemu hologramowi:)
Mnie odnalezienie Mikiego zajęło trochę czasu - również dlatego, że światło było słabe i hologram był mało widoczny. Ale znalazłam! :)
Zaakceptowaliśmy więc fakt, że nasza córka jest od nas bardziej spostrzegawcza, i jak teraz Ewa powie coś na pozór absurdalnego, my zaczynamy grać w grę - "kto pierwszy znajdzie".
Dzisiaj mała próbka dla naszych Czytelników.
Ewa trzyma w ręku opakowanie od DVD z Kubusiem Puchatkiem. I nagle rzuca hasło: "Miki płynie statkiem!".

Ciągle nie? To przyjrzyjcie się temu malutkiemu hologramowi:)
poniedziałek, 4 stycznia 2016
Niedostępna
Basen. Ewa jak zwykle rządzi w brodziku - co chwilę daje nurka do wody, a uchachana paszcza nie zamyka jej się przy tym ani na moment. Po wynurzeniu - oczekuje braw. Obserwowałam ją kiedyś, jak dawała swój pierwszy występ. Wpadła pod wodę. Obserwuję, czy panuje nad sytuacją. Panuje. Obserwuję publiczność (zorganizowani w brodziku rodzice). Lekka groza na twarzy. W pewnym momencie któryś nie wytrzymuje i rzuca się, żeby Ewę wyciągać. W tym momencie ona wynurza się z gracją i szerokim uśmiechem i zaczyna bić (sobie) brawo. Na twarzach publiczności widzę coś w rodzaju: "ha ha, baaardzo śmieszne, napędziłaś nam stracha". Ale skoro dziewczynka domaga się braw, to trzeba bić brawo. Atencja publiczności tylko ją nakręca - skoro się podobało (bo bili brawa, prawda?), to Gwiazda nurkuje raz za razem, po wynurzeniu zawsze dokładnie sprawdzając, czy publiczność wie, że ma klaskać.
Tym razem Gwiazda upatrzyła sobie nową zabawkę - różową piłeczkę. Pech chciał, że piłeczka była akurat w posiadaniu na oko półtorarocznego Blond-Dżentelmena, który niekoniecznie chciał ją oddawać. Tym zaś - opiekował się tata. Ewa podeszła do chłopca i dała do zrozumienia, że chciałaby pobawić się piłką. Żeby więc uniknąć konfliktu, tata chłopca sugeruje, żeby on rzucił piłkę Ewie. Ewa odrzuca. Wymieniają tę piłkę w ten sposób ze dwa razy, po czym Gwiazda nudzi się tą zabawą i odchodzi.
Kolejne pięć minut wygląda następująco - Ewa krąży po brodziku, a Blond-Dżentelmen łazi za nią krok w krok i próbuje przekonać do wzięcia różowej piłki.
Tym razem Gwiazda upatrzyła sobie nową zabawkę - różową piłeczkę. Pech chciał, że piłeczka była akurat w posiadaniu na oko półtorarocznego Blond-Dżentelmena, który niekoniecznie chciał ją oddawać. Tym zaś - opiekował się tata. Ewa podeszła do chłopca i dała do zrozumienia, że chciałaby pobawić się piłką. Żeby więc uniknąć konfliktu, tata chłopca sugeruje, żeby on rzucił piłkę Ewie. Ewa odrzuca. Wymieniają tę piłkę w ten sposób ze dwa razy, po czym Gwiazda nudzi się tą zabawą i odchodzi.
Kolejne pięć minut wygląda następująco - Ewa krąży po brodziku, a Blond-Dżentelmen łazi za nią krok w krok i próbuje przekonać do wzięcia różowej piłki.
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Podział ról
Jest u nas w domu taki wielki, puchaty koc - z rysunkiem równie wielkiego, puchatego wilka. Koc kojarzy się Ewie w zasadzie z jedną zabawą - w "chować!". W "chować!" Ewa bawi się głównie ze swoją mamą, są też różne odmiany tej zabawy:
"Chować!"
- krzyczy Ewa. No to ja nakrywam się wielkim, puchatym kocem z wilkiem. Staram się, żeby koc zwisał równo z każdej strony, ale aż tak duży jednak nie jest - więc stopy mi wystają, z jednej strony widać też rękę. Ewa chodzi wokół mnie, coś jej się nie podoba, no bo ta ręka wystaje. Upycha ją więc pod kocem, przestawia moją stopę, żeby nie było tak widać. Wreszcie jest zadowolona. Rozkłada ręce (tak mi się przynajmniej zdaje) i nagle czuję, jak ręce oplatają mnie gdzieś na wysokości kolan. Schylam się, nakrywam Ewę kocem i z okrzykiem wojennym - zaczynam łaskotać.
"Chować!"
Tym razem ciągnie mnie najpierw za rękę w dół, żebym usiadła. Podaje koc. No to znowu - przykrywam się nim cała - i teraz jest już łatwiej, bo siedzę. Wyciągam przykryte ciągle kocem ręce przed siebie - i za moment wpada mi w nie roześmiana Ewa! No to znowu - nakrywam ją kocem i łaskoczę, a za chwilę odnajduję rozchichotaną paszczę i dodatkowo wycałowuję policzki.
"Chować!" "Chować!" "Chować!"
Znowu siedzę pod wielkim puchatym kocem. Nie pamiętam już, który raz zarzucam go sobie na głowę. Jest mi potwornie gorąco, próbuję przyklepać naelektryzowane włosy. Nagle pod koc zagląda roześmiana paszcza. "A kuku!" No i za chwilę siedzimy tam już we dwie, przytulamy się i rozmawiamy. Z zewnątrz naszego małego, puchatego świata dobiegają odgłosy Dawida krzątającego się w kuchni. Brzęczą garnki, stuka stawiana na palniku patelnia. Skwierczy olej pod kotletami.
"Tata zaczyna smażyć kotlety" - mówię do Ewy.
Siedzimy jeszcze chwilkę, po czym ona wyskakuje spod koca i znowu:
"Chować!"
I za chwilę znowu wpada w moje rozpostarte ramiona, znowu się łaskoczemy, przytulamy. Dołącza do nas Tata. Przez moment kotłujemy się tak na podłodze - nasza trójka i wielki, puchaty koc.
Pierwsza wyplątuje się Ewa. Ciągnie Tatę za rękę.
"Tata, kotlety!"
Śmiejemy się. No tak, w końcu Tata miał smażyć kotlety! Ale delikatna aluzja w wykonaniu córki jakby do Taty nie dotarła, bo ten w dalszym ciągu stoi koło koca. Ale Ewa już wie, że komunikacja to nie tylko słowa, ale też gesty - więc przepycha Tatę tam, gdzie według niej w tym momencie być powinien - na stanowisko przy kuchence. W końcu, nie od dzisiaj wiadomo, że Ewa ma słabość do kotletów, a te same się nie zrobią. Ale gdy już "pańskie oko" dojrzało, że Tata posłusznie pilnuje kotletów, można było powrócić do...
"Chować!"
"Chować!"
- krzyczy Ewa. No to ja nakrywam się wielkim, puchatym kocem z wilkiem. Staram się, żeby koc zwisał równo z każdej strony, ale aż tak duży jednak nie jest - więc stopy mi wystają, z jednej strony widać też rękę. Ewa chodzi wokół mnie, coś jej się nie podoba, no bo ta ręka wystaje. Upycha ją więc pod kocem, przestawia moją stopę, żeby nie było tak widać. Wreszcie jest zadowolona. Rozkłada ręce (tak mi się przynajmniej zdaje) i nagle czuję, jak ręce oplatają mnie gdzieś na wysokości kolan. Schylam się, nakrywam Ewę kocem i z okrzykiem wojennym - zaczynam łaskotać.
"Chować!"
Tym razem ciągnie mnie najpierw za rękę w dół, żebym usiadła. Podaje koc. No to znowu - przykrywam się nim cała - i teraz jest już łatwiej, bo siedzę. Wyciągam przykryte ciągle kocem ręce przed siebie - i za moment wpada mi w nie roześmiana Ewa! No to znowu - nakrywam ją kocem i łaskoczę, a za chwilę odnajduję rozchichotaną paszczę i dodatkowo wycałowuję policzki.
"Chować!" "Chować!" "Chować!"
Znowu siedzę pod wielkim puchatym kocem. Nie pamiętam już, który raz zarzucam go sobie na głowę. Jest mi potwornie gorąco, próbuję przyklepać naelektryzowane włosy. Nagle pod koc zagląda roześmiana paszcza. "A kuku!" No i za chwilę siedzimy tam już we dwie, przytulamy się i rozmawiamy. Z zewnątrz naszego małego, puchatego świata dobiegają odgłosy Dawida krzątającego się w kuchni. Brzęczą garnki, stuka stawiana na palniku patelnia. Skwierczy olej pod kotletami.
"Tata zaczyna smażyć kotlety" - mówię do Ewy.
Siedzimy jeszcze chwilkę, po czym ona wyskakuje spod koca i znowu:
"Chować!"
I za chwilę znowu wpada w moje rozpostarte ramiona, znowu się łaskoczemy, przytulamy. Dołącza do nas Tata. Przez moment kotłujemy się tak na podłodze - nasza trójka i wielki, puchaty koc.
Pierwsza wyplątuje się Ewa. Ciągnie Tatę za rękę.
"Tata, kotlety!"
Śmiejemy się. No tak, w końcu Tata miał smażyć kotlety! Ale delikatna aluzja w wykonaniu córki jakby do Taty nie dotarła, bo ten w dalszym ciągu stoi koło koca. Ale Ewa już wie, że komunikacja to nie tylko słowa, ale też gesty - więc przepycha Tatę tam, gdzie według niej w tym momencie być powinien - na stanowisko przy kuchence. W końcu, nie od dzisiaj wiadomo, że Ewa ma słabość do kotletów, a te same się nie zrobią. Ale gdy już "pańskie oko" dojrzało, że Tata posłusznie pilnuje kotletów, można było powrócić do...
"Chować!"
wtorek, 3 listopada 2015
Delikatna sugestia?
Raz po raz Ewa ogląda bajkę ze Świnką Peppą. Koneserzy tego typu pozycji oczywiście to wiedzą, ale dla niezorientowanych: bohaterami bajki są Świnka Peppa, jej młodszy braciszek George, Mama Świnka i Tata Świnka (plus masa postaci drugoplanowych).
Po obejrzeniu bajki:
Ewa (wskazując na siebie): "Peppa!"
Ja: "Ty jesteś Peppa?"
Ewa (wskazując na mnie): "Mama Świnka!"
Ja: "No nie, ale ja sobie wypraszam, ja się nie zgadzam, żebyś mnie nazywała Mamą Świnką! Jestem zbulwersowana! Ja nie chcę być Mamą Świnką!" (...dłuższy monolog...) "Ewa, kto ja jestem?"
Ewa: "Mama..."
Ja: "No! Dobrze!"
Ewa: "...Świnka!"
Dla pełni obrazu dodam, że jeśli Ewa wchodzi w "tryb Peppa", to Dawid nazywany jest Tatą Świnką. Z dziwnych względów jemu to nie przeszkadza, co więcej, manifestuje swoje zadowolenie specyficznym dla rodziny Peppy chrumknięciem. Nie rozumiem:)
No i jako, że nie ma u nas za bardzo komu odgrywać roli młodszego braciszka Georga, Ewa tę rolę przypisała sobie. Więc jeśli jest Peppą, to jest też Georgem. No ktoś musi:)
Po obejrzeniu bajki:
Ewa (wskazując na siebie): "Peppa!"
Ja: "Ty jesteś Peppa?"
Ewa (wskazując na mnie): "Mama Świnka!"
Ja: "No nie, ale ja sobie wypraszam, ja się nie zgadzam, żebyś mnie nazywała Mamą Świnką! Jestem zbulwersowana! Ja nie chcę być Mamą Świnką!" (...dłuższy monolog...) "Ewa, kto ja jestem?"
Ewa: "Mama..."
Ja: "No! Dobrze!"
Ewa: "...Świnka!"
Dla pełni obrazu dodam, że jeśli Ewa wchodzi w "tryb Peppa", to Dawid nazywany jest Tatą Świnką. Z dziwnych względów jemu to nie przeszkadza, co więcej, manifestuje swoje zadowolenie specyficznym dla rodziny Peppy chrumknięciem. Nie rozumiem:)
No i jako, że nie ma u nas za bardzo komu odgrywać roli młodszego braciszka Georga, Ewa tę rolę przypisała sobie. Więc jeśli jest Peppą, to jest też Georgem. No ktoś musi:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











