Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uśmiech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uśmiech. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2016

Przed świtem

Czasami przychodzi taki dzień, że wszystkie zasady wychowawcze, którymi rodzic się kieruje, po prostu biorą w łeb. Czasami nawet nie same - czasami człowiek zostaje obudzony w takiej fazie snu, że w głowie kołacze mu się tylko: "a, chrzanić to" i zanim zdąży się nad tym głębiej zastanowić - już pacyfikuje kicające po nim dziecko telefonem komórkowym.

Chwilę później do świadomości zasypiającego rodzica przedziera się powtarzane z przejęciem przez dziecko: "mami... daddi... Dżordżi..." Tak. To filmik z Peppą, w oryginalnej wersji językowej.

I wtedy jakoś tak lżej robi się na duszy. Bo wprawdzie bajka była, no ale ćwiczyliśmy przecież też angielski!

piątek, 16 września 2016

Chwila grozy

Od kilku dni Ewa męczyła nas, żebyśmy zabrali ją do sali zabaw. Wczoraj nareszcie nadszedł ten dzień. Odebrałam Ewę z przedszkola i napisałam do Dawida, że spotkamy się na miejscu.

Nasza ulubiona sala zabaw ostatnio się przebudowała, zmieniły się też zasady - do środka całej konstrukcji dziecko musi wejść samo, bez rodzica. 

Wchodzimy na salę, Ewa ściąga buty, po czym następuje ten moment, w którym popełniam BŁĄD TAKTYCZNY - pozwalam jej zabrać do środka Kłapoucha, który akurat tego dnia MUSI Ewie we wszystkim towarzyszyć.

Dla tych, którzy nie wiedzą - Kłapouch to maskotka Ewy, w zasadzie dla niej bezcenna. Bez Klapoucha Ewa nie położy sie spać, a jak Ewa ma gorszy dzień - to w ogóle nie chce się z nim rozstawać. Nawet wyprać go trudno, bo to oznaczałoby wyłączenie go z obiegu na minimum kilka godzin - a na to zazwyczaj nie ma zgody. Raz juz Klapoucha zgubiliśmy - kupiłam więc dublera, ale Ewa bez problemu dublera rozpoznaje i traktuje go jak każdą inną maskotkę. Po macoszemu. 

No więc Ewa wpada do środka, ja siadam na kanapie w barze. Mija może 10 minut, kiedy znowu zauważam Ewę. BEZ KŁAPOUCHA. Próbuje dowiedzieć się od Ewy, gdzie go podziała, biegam z paniką w oczach wokół konstrukcji (do której nie mogę wejść) próbując go gdzieś wypatrzeć. Jestem o krok od zaangażowania w poszukiwania obsługi i wyznaczenia nagrody dla dzieciaka, który maskotkę odnajdzie. Piszę do Dawida (który jeszcze nie przyszedł), że wtopiłam na całego, po cichu licząc na to, że zdąży zanim przeżyję załamanie nerwowe.

To chyba było najdłuższe 10 minut mojego życia.

I wtedy go widzę. W barze, na podłodze, pomiędzy stolikami. 


Ufff.

Próbowałam później kilkakrotnie nakłonić Ewę, żeby poszukała Kłapoucha (nie mówiąc jej wcześniej, że go jednak znalazłam). Trochę się kręciła w miejscu, w którym go upuściła, ale nie skomentowała, że nie może go znaleźć.

Gdy wsiadaliśmy do samochodu, postanowiłam raz jeszcze ją o Kłapoucha spytać.

Ja: Ewa, a masz Kłapoucha?
Ewa (z niepokojem): Kłapouch!
Ja: Pamiętasz, zgubiłaś go w sali zabaw.
Ewa: Przynieś! (i po chwili dodaje) A my poczekamy.

Dobrze, że chociaż tyle. W końcu mogła mi kazać wracać autobusem;)

czwartek, 8 września 2016

Pobawmy się w rakietę

Ewa: Pobawmy się w rakietę!

Nigdy nie bawiliśmy się "w rakietę", nie bardzo więc wiemy, jak się do tego zabrać.

Dawid: A jak się bawi "w rakietę"?

Ewa biegnie w moim kierunku i wskazując na leżącą na kanapie kołdrę wydaje polecenie:

Ewa: Mama, nakryj się!

Przykrywam się, ale chyba niewystarczająco, bo za chwilę słyszę: Głowa! No to nakrywam głowę i czekam. Słyszę, że Ewa biegnie do Dawida i tłumaczy mu, że on też musi wleźć pod kołdrę. Po chwili jesteśmy już w trójkę.

Ewa: Startujemy!
Dawid: Ale chwila, chwila! Gdzie mamy lecieć?
Ewa: Hmmm... na Księżyc!
Dawid: Dobra, to odliczaj!
Ewa: Jeden... dwa... trzy... cztery...pięć... sześć... siedem... dziewięć...
Dawid: A gdzie "osiem"?
Ewa: Osiem... dziewięć... dziesięć... zerooooooo... start! (trudno jej jeszcze odliczać do tyłu, a wiadomo, że przed samym "start" musi być "zero", prawda? :))
Dawid: Lecimy!

Zaczynamy robić efekty dźwiękowe imitujące startującą rakietę i tzw. turbulencje. Po chwili Ewa wchodzi w stan nieważkości, wygenerowany rękami taty. Kilka salt w powietrzu - ciągle pod kołdrą - i znowu turbulencje podczas lądowania na Księżycu.

Dawid: Wylądowaliśmy!

Chwila śmiechu i...

Ewa: Lecimy znowu!

Wadą każdej dobrej zabawy jest to, że Ewa chciałaby ją natychmiast powtórzyć. Drugą wadą każdej dobrej zabawy jest to, że owa zabawa jest najczęściej dosyć męcząca dla rodzica (a.k.a. "generatora turbulencji i stanu nieważkości" :)). Dlatego trzeba wymyślić jakiś przerywnik, żeby rodzic mógł sobie odpocząć.

Dawid: No dobrze... Ale nasza rakieta chyba trochę się popsuła w trakcie lądowania.
Ja: No właśnie. Tu jej odpadł wihajster, trzeba przykręcić! (pokazuję na swoje kolano).

Ewa wstaje, wychodzi spod kołdry i wyimaginowanym śrubokrętem przykręca mi wyimaginowany wihajster do kolana.

Ja: A narzędzia? Gdzie masz narzędzia? (pytam w nadziei, że może pójdzie do swojego pokoju po skrzynkę z narzędziami, a my będziemy mogli na chwilkę wyleźć spod kołdry?)
Ewa patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem, który mówi: "No przecież już przykręciłam!".

Ewa: Lecimy!
Dawid: A prowiant?

Ewa nie wie, o co chodzi. Nie zna słowa "prowiant".

Ja: A jedzenie na podróż?
Ewa: Jedzenie! Prowiant!

Wyskakuje szybko spod kołdry i biegnie do półki z książkami.

Ewa: Muszę przynieść prowiant! Kawa i hamburger dla taty!

Jakbyście się zastanawiali, czym wg Ewy żywi się tata... :)

Po chwili Ewa znowu pakuje się pod kołdrę. W ręku dzierży wyimaginowany prowiant. Nam tymczasem skończyły się pomysły, jakby tu opóźnić kolejny lot, więc rozpoczynamy procedurę startu.

Dawid: Gdzie teraz lecimy?
Ewa: Na Marsa!
Dawid: To odliczaj!
Ewa: Jeden... dwa........

Turbulencje w drodze na Marsa były jeszcze silniejsze, niż na trasie Ziemia-Księżyc... Nie dla wszystkich takie wycieczki;)


czwartek, 11 sierpnia 2016

W domu

Zawsze mnie nieco dziwiły utyskiwania rodziców na różnego rodzaju autystycznych forach, "że znowu wakacje, trzeba gdzieś będzie z dzieckiem wyjechać". To znaczy teoretycznie wiedziałam, o co chodzi - dzieci są przyzwyczajone do jakiegoś rytmu, a wakacje ten rytm zaburzają - no ale tylko teoretycznie...

Z każdym rokiem Ewa jest coraz starsza i coraz bardziej samodzielna, ale też coraz wyraźniej widać różnicę pomiędzy jej funkcjonowaniem w domu i poza nim. W tym roku wyjazd zmęczył nas na tyle, że po powrocie autentycznie cieszyliśmy się, że następnego dnia jest poniedziałek i wracamy do rytmu przedszkole-praca:)

Miałam tutaj napisać więcej o tym, jak to dziecko mi się na wywczasach rozregulowało, ale... dam już sobie spokój z marudzeniem i zamiast tego pochwalę się, że nauczyłam Ewę jeść... bułkę z masłem! :) Brzmi absurdalnie, ale w przypadku dziecka z pogłębiającą się wybiórczością jedzeniową i ogromną awersją do próbowania nowych potraw - jest niemałym sukcesem. Planuję pójść za ciosem i od przyszłego tygodnia zacząć jej przemycać do tej bułki kolejne produkty. Jakiś serek na początek?

W każdym razie - od poniedziałku mamy w domu dziecko-ideał:) Zero histerii, prawie zero wymuszania pomocy (na wakacjach potrafiła mówić "pomóż", jak poprosiło się ją np. o zdjęcie butów - i to "pomóż" oznaczało "zrób to za mnie"), zero "jestem chora, do szpitala". Poprawił się kontakt, poprawiła się też mowa. Wczoraj, jak wracałyśmy z przedszkola, przeprowadziłam chyba najbardziej rozbudowany dialog w historii (co było tym bardziej zaskakujące, że nie siedziałam na przeciwko niej, nie mogłam więc skupić jej uwagi na sobie poprzez np. dotknięcie ramienia):

Ja: "Ewa, a co robiłaś dzisiaj w przedszkolu?"
Ewa: "Emmm... Śpiewałam po angielsku, przytulałam, czytałam bajki."
Ja: "A kogo przytulałaś?" (imię i nazwisko, szybko, a ja już go znajdę i prześwietlę...:))
Ewa: "Kłapouszka." (ufff...)
Ja: "A kto czytał bajki? Pani?"
Ewa: "Sama."
Ja: "A, a o czym te bajki były?"
Ewa: "Emmm... O Puchatku, o miodku..." (i tu nastąpił monolog o jakichś pszczółkach i muszkach, nie do powtórzenia niestety:))


wtorek, 5 lipca 2016

O Pyszczu, co jeździł koleją

Właśnie zaliczyłyśmy z Ewą drugą wyprawę pociągiem (w wersji "na bogato", czyli Pendolino) na trasie Warszawa-Gdańsk-Warszawa, więc można śmiało stwierdzić, że Gwiazda jest już doświadczonym podróżnikiem. Pierwsza wyprawa miała miejsce jeszcze w kwietniu i jechaliśmy w trójkę, drugą odbyłyśmy już tylko we dwie.

W tym miejscu wypadałoby zaznaczyć, iż nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie dwa niezmiernie ważne gadżety: iPad i zakupiona-na-dworcu-gazetka-z-wróżkami/księżniczkami/puchatkami/itd.-i-plastikowym-czymśtam-gratis. Tematem przewodnim poprzedniego wyjazdu były "skrzydełka wróżki i różdżka" - dzięki którym dało się zaczarować pociąg tak, aby ruszył. Tak ją skutecznie z Dawidem wkręciliśmy ruszając z Centralnej ("No, Ewa, czaruj, abrakadabra, hokus pokus... raaaaaaaz....dwaaaaaaaa.... trzy..... i.... i..... iiiiiii.....!!! No ale czekaj, nie pacnęłaś różdżką! Iiiiiii....! JUŻ!"), że mieliśmy ubaw aż do Gdańska, bo za każdym razem jak pociąg miał ruszyć z kolejnej stacji, Ewa z równym przejęciem "czarowała".



Tym razem zaopatrzyłyśmy się w nową bajkę na drogę, właśnie o Dzwoneczku, więc kolejny numer wróżkowej gazetki miał być niejako dopełnieniem - tyle, że dworcowe kioski nie były na naszą magię przygotowane i nie posiadały w swym asortymencie odpowiedniej prasy. Na szczęście "Księżniczki" (na trasie Warszawa-Gdańsk) i "Klinika dla pluszaków" (na trasie Gdańsk-Warszawa) dały radę.

Największym zaś rozczarowaniem całej podróży był zestaw "produktów mężczyznopodobnych", z którymi przyszło nam się zetknąć podczas wysiadania w Gdańsku. Cała operacja wsiadania i wysiadania była bowiem najbardziej newralgicznym punktem całej wycieczki - trzeba było ogarnąć w czasie i przestrzeni: 1) Gwiazdę (wraz z Heniem na głowie), 2) wielką walizę, 3) plecak (to najłatwiej, bo na plecach). I niby ręce mam dwie, ale jednak wziąć jednocześnie w ręce walizę i Ewę i wysiąść z pociągu nie jest tak łatwo. Tutaj pojawia się dylemat: zostawić Ewę w pociągu, wytargać walizkę na peron, wrócić po Ewę (ale co zrobić, jeśli w momencie, kiedy ja jestem zajęta targaniem walizki, Ewa jednak ruszy za mną, potknie się na schodkach pociągu i z nich zleci, pół biedy, jeśli na peron, ale co, jeżeli spadnie na tory)? Czy: wynieść Ewę na peron, postawić i przykazać, żeby czekała, i wtedy wynieść walizkę (ale na peronie tłok, ludzie się przepychają, ktoś ją jeszcze popchnie, zabierze, albo ona odwróci się i pobiegnie gonić gołębia, który właśnie sfrunął z peronu na tory...)? No ciężka sprawa. Po cichu liczyłam na to, że ktoś - nie wiem, na przykład któryś z wysiadających panów (a było ich sporo, wiecie, pielgrzymka na Open'era), zobaczy kobietę z dzieckiem i wielką walizą, i nie wiem, zapyta: "może pani pomóc"? Nie liczę na to, że ktoś mi tę walizę wytarga z pociągu, o nie, ja wiem, że równouprawnienie i takie tam, a poza tym, to faceci rachityczni teraz są, wiotcy tacy... Ja sobie tę walizę taką wielką spakowałam, to ja sobie ją mogę targać, dam radę. Ale mógłby któryś chociaż zaproponować: "to ja pani dziecko przytrzymam/podam". Drobiażdżek taki, a jak pomocny!

Gdzie tam. W jednej ręce walizka, drugą trzymam Pyszcza, najpierw wysiada walizka, później ja, za mną Pyszcz, staczamy się razem na peron. "Powoli Ewa, po jednym stopniu, patrz pod nogi!" - mówię, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem i miejsce, w którym ląduje walizka, i nogi Pyszcza.

"Powooooli!" - słyszę za plecami cenną uwagę jednego z panów. Bardzo pomocne, bardzo.

Na szczęście przy pozostałych operacjach wsiadania/wysiadania z pociągu miałyśmy wsparcie;)

wtorek, 7 czerwca 2016

Raz po raz

Siedzimy w trójkę na kanapie. Pomiędzy nami - miseczka z pokrojonym przez Dawida arbuzem. Ewa czyta książkę, raz po raz nabija na widelec kawałek arbuza i nie odrywając wzroku od kartki wkłada go sobie do ust. Dawid siedzi naprzeciwko z chusteczką w dłoni i raz po raz wyciera sok, który kapie Ewie z brody. Ja leżę obok i raz po raz, jak nikt nie patrzy, podbieram kawałek arbuza.

Tak nam mija, w milczeniu, jakieś pięć minut. Zawartość miseczki powoli się kończy.

Dawid: "I co Ewa, kto jest takim wielkim żarłokiem?"
Ewa: "MA-MU-SIA!"

Oni to trenują, czy co? :)

sobota, 7 maja 2016

Bystrzak


Długi weekend majowy minął nam na leczeniu przeziębienia – u mnie i u Ewy. Katar lał się strumieniami, gdzieś w okolicach poniedziałku nasze zapasy chusteczek spadły poniżej poziomu optymalnego (który wynosi: po jednym pudełku w każdej sypialni, koło kanapy, na stole w salonie, w kuchni, w łazience + 2 pudełka zapasowe). We wtorek rano weszliśmy w stan „niepokojący” – pudełek mieliśmy już mniej niż punktów, w których powinny się znajdować. Wieczorem liczba pudełek osiągnęła stan krytyczny – zostały nam tylko dwa, które co chwilę gdzieś przenosiliśmy. W środę pojechałyśmy do Biedronki po zapasy, bo jeszcze dzień zwłoki i zostałby nam tylko papier toaletowy. 

Katar był naszym głównym objawem, więc podstawą naszego leczenia było częste czyszczenie i nawilżanie nosa, a także inhalacje olejkami eterycznymi. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że Ewa wprost kocha moczyć się w wannie – w dzień, w który nigdzie nie wychodzi, mogłaby do tej wanny pakować się ze cztery razy. I na to jej pozwalaliśmy – za każdym razem, kiedy naszła jej na to ochota, napełnialiśmy małą wanienkę ciepłą wodą, do tego kilka kropel olejków i niech się moczy do woli – smarki leciały wtedy szeeeerooookim strumieniem. Dawid porobił zapasy w poniedziałek i miałyśmy chyba z sześć różnych olejków do wyboru. 

No i stoją tak te buteleczki z olejkami w łazience od tygodnia. Na wierzchu, bo nie wiadomo, kiedy znowu będą potrzebne.

W czwartek rano Ewa już czuła się ok, więc postanowiłyśmy pojechać na zajęcia i później do przedszkola. Wstajemy więc rano i jak to zwykle rano bywa – poranne zamieszanie.  

I nagle słyszę ten dźwięk. Podejrzany *PLUSK*. Podobno to jeden z bardziej stresujących dźwięków, które rodzic małego dziecka może usłyszeć. Lecę więc do łazienki i widzę Gwiazdę stojącą nad ubikacją i gapiącą się w jej otchłań.  

O nie – myślę sobie – coś tam utopiła.

Podchodzę i widzę – odkręcony olejek pływający w muszli. Z ubikacji powoli zaczyna ulatniać się woń tymianku. Gwiazda chyba duma, co dalej z tym fantem zrobić.

Ja: „I co ja mam teraz zrobić? Jak ja to mam teraz wyciągnąć?!” pytam.

Ewa podnosi do góry palec i z tryumfującym uśmiechem małego odkrywcy/racjonalizatora/bohatera-swojego-domu: „A może zawołamy Mysi Sprzęt*?!”

Ostatecznie wyciągnęłam ręką:)

*) Mysi Sprzęt – dla tych, którzy nie oglądają „Klubu Przyjaciół Myszki Miki”, to taki gadżet/postać, która przylatuje, jak jest jakiś problem, i oferuje do wyboru kilka sprzętów/narzędzi, które można jakoś do rozwiązania tego problemu wykorzystać. Wygląda tak:

środa, 2 marca 2016

Pytanie

Sprawić, że córka posikała się ze śmiechu - czy to jest bardziej wpadka podczas odpieluchowywania dziecka, czy sukces komediowy?

[małe wyjaśnienie: to oczywiście nie ja doprowadziłam Ewę do takiego stanu, ale Mój Najdroższy Mąż. Ja nie posiadam takich mocy. Moją mocą są co najwyżej przytulaski:))]

wtorek, 23 lutego 2016

Zawsze

Ewa jest wielką fanką wszelkiego rodzaju piosenek. Oczywiście najlepsze są te z bajek - i te mogą lecieć u nas non stop przez cały dzień. Ostatnio zawzięłam się i pozgrywałam piosenki ze wszystkich dvd (a mamy już sporą kolekcję - głównie dzięki Dziadkowi Grzegorzowi i Cioci Joli), które wpadły mi w ręce. Mamy więc kolekcję ponad stu piosenek - głównie z długometrażowych filmów Disneya, ale też z Klubu Przyjaciół Myszki Miki, Lulu, Niedźwiedzia w Dużym Niebieskim Domu czy Tomka.

Wśród ulubionych piosenek Ewy znajdują się kubusiowe mruczanki. Jest ich minimum kilkanaście (łącznie z 4 filmów z Kubusiem Puchatkiem), tak więc przez sporą część dnia wsłuchujemy się w głos Jana Kociniaka w roli Kubusia. To niesamowite, jak czyjś głos może zlać się z bajkową postacią. Jak świetnym trzeba być aktorem, żeby zagrać samym tylko głosem tyle emocji...! Tak, żeby głos przestał już brzmieć w uszach widza jak głos mężczyzny, a stał się po prostu głosem Puchatka.

Piękny sposób na nieśmiertelność.


piątek, 15 stycznia 2016

Dwa słowa

"Kocham Cię"

Powiedziała mi moja córka wczoraj, 14 stycznia 2016 r., o godzinie 19:12. W odpowiedzi na moje cowieczorne "kocham cię", towarzyszące jak zwykle buziakowi na dobranoc. Przeszło tysiąc takich wieczornych "kocham cię" pozostało bez odwzajemnienia, ale nareszcie... :) Warto było czekać:)

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Niedostępna

Basen. Ewa jak zwykle rządzi w brodziku - co chwilę daje nurka do wody, a uchachana paszcza nie zamyka jej się przy tym ani na moment. Po wynurzeniu - oczekuje braw. Obserwowałam ją kiedyś, jak dawała swój pierwszy występ. Wpadła pod wodę. Obserwuję, czy panuje nad sytuacją. Panuje. Obserwuję publiczność (zorganizowani w brodziku rodzice). Lekka groza na twarzy. W pewnym momencie któryś nie wytrzymuje i rzuca się, żeby Ewę wyciągać. W tym momencie ona wynurza się z gracją i szerokim uśmiechem i zaczyna bić (sobie) brawo. Na twarzach publiczności widzę coś w rodzaju: "ha ha, baaardzo śmieszne, napędziłaś nam stracha". Ale skoro dziewczynka domaga się braw, to trzeba bić brawo. Atencja publiczności tylko ją nakręca - skoro się podobało (bo bili brawa, prawda?), to Gwiazda nurkuje raz za razem, po wynurzeniu zawsze dokładnie sprawdzając, czy publiczność wie, że ma klaskać.

Tym razem Gwiazda upatrzyła sobie nową zabawkę - różową piłeczkę. Pech chciał, że piłeczka była akurat w posiadaniu na oko półtorarocznego Blond-Dżentelmena, który niekoniecznie chciał ją oddawać. Tym zaś - opiekował się tata. Ewa podeszła do chłopca i dała do zrozumienia, że chciałaby pobawić się piłką. Żeby więc uniknąć konfliktu, tata chłopca sugeruje, żeby on rzucił piłkę Ewie. Ewa odrzuca. Wymieniają tę piłkę w ten sposób ze dwa razy, po czym Gwiazda nudzi się tą zabawą i odchodzi.

Kolejne pięć minut wygląda następująco - Ewa krąży po brodziku, a Blond-Dżentelmen łazi za nią krok w krok i próbuje przekonać do wzięcia różowej piłki.

wtorek, 3 listopada 2015

Delikatna sugestia?

Raz po raz Ewa ogląda bajkę ze Świnką Peppą. Koneserzy tego typu pozycji oczywiście to wiedzą, ale dla niezorientowanych: bohaterami bajki są Świnka Peppa, jej młodszy braciszek George, Mama Świnka i Tata Świnka (plus masa postaci drugoplanowych).
Po obejrzeniu bajki:

Ewa (wskazując na siebie): "Peppa!"
Ja: "Ty jesteś Peppa?"
Ewa (wskazując na mnie): "Mama Świnka!"
Ja: "No nie, ale ja sobie wypraszam, ja się nie zgadzam, żebyś mnie nazywała Mamą Świnką! Jestem zbulwersowana! Ja nie chcę być Mamą Świnką!" (...dłuższy monolog...) "Ewa, kto ja jestem?"
Ewa: "Mama..."
Ja: "No! Dobrze!"
Ewa: "...Świnka!"

Dla pełni obrazu dodam, że jeśli Ewa wchodzi w "tryb Peppa", to Dawid nazywany jest Tatą Świnką. Z dziwnych względów jemu to nie przeszkadza, co więcej, manifestuje swoje zadowolenie specyficznym dla rodziny Peppy chrumknięciem. Nie rozumiem:)
No i jako, że nie ma u nas za bardzo komu odgrywać roli młodszego braciszka Georga, Ewa tę rolę przypisała sobie. Więc jeśli jest Peppą, to jest też Georgem. No ktoś musi:)

sobota, 17 stycznia 2015

Buziak

Dnia 17 stycznia 2014 roku, około południa, moja córka Ewa M. dała mi buziaka. Takiego prawdziwego, w policzek, z cmoknięciem. Nie w rękę, na pożegnanie, ale tak w zasadzie bez okazji. Bo poprosiłam :)))

No, może to mieć niewielki związek z faktem, że włączałam jej wtedy bajkę, ale kto by zwracał uwagę na takie szczegóły...:))

wtorek, 9 grudnia 2014

Jogurtowy zawrót głowy

Chyba zaczyna mi odbijać...:)

Sprzątam w kuchni (robiłam spaghetti i zupę dla Gwiazdy). Wyrzucam obierki do kosza na śmieci, wkładam nóż do zlewu. Robię to za szybko, bo nóż spada i uderza o dno, robiąc przy tym trochę hałasu. Kątem oka widzę stojącą na blacie jogurtownicę, w której Dawid wcześniej nastawił nową porcję jogurtu (część na mleku krowim, część na sojowym). Jaka myśl przelatuje mi w tym momencie przez głowę? "O kurde, bakterie się przestraszą i zestresują!".

Chyba potrzebuję urlopu:)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Unikalne umiejętności

Ewa byłaby idealnym agentem CIA. Takim, co to specjalizuje się w przesłuchaniach, w których głównym sposobem wyciągania potrzebnych informacji jest podtapianie delikwenta w misce z wodą. Potrafi bez mrugnięcia okiem i cienia skrupułów wepchnąć pod wodę głowę własnego ojca. Ba, jeszcze się cieszy!


[Ojciec pokazał jej, że jak włoży twarz do wanny z wodą, to potrafi bulgotać wypuszczanym powietrzem. Pokazał, więc teraz niech ciągle tak bulgocze! Próbuje się podnieść?! O nie, trzeba mu „pomóc” znowu się zanurzyć! J]

poniedziałek, 1 września 2014

Początek

Pamiętam, kiedy zaczęłam się niepokoić. Wcześniej - przez prawie cały rok życia Ewy byłam zupełnie spokojna, bez względu na wszystko. Wcześniactwo, żółtaczka i naświetlanie, ulewanie, potówki, obniżone napięcie mięśniowe, wysypka na twarzy - kolejne wizyty u lekarzy, ale to nic, bo co to za problem, wysypka jakaś. Zresztą, skoro chodziliśmy do lekarzy, to znaczy, że problem był w trakcie rozwiązywania.

Podobnie z kolejnymi etapami rozwoju - nowe umiejętności pojawiały się dosyć późno, ale ciągle w normie. Pamiętałam, żeby nie porównywać dziecka z innymi dziećmi, że to jest sport, w który można niebezpiecznie się wkręcić, a z którego jest niewiele pożytku, ale dużo nerwów. Więc nie porównywałam. Co było o tyle łatwe, że w otoczeniu nie było innych dzieci w podobnym wieku, trudno więc było porównywać Ewę z kimkolwiek.

Gdzieś w okolicach marca zdałam sobie sprawę, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy Ewa coraz rzadziej się śmiała. Nie cieszyły ją ulubione piosenki, nie rechotała się przy "a kuku", nie reagowała nawet na bajki w telewizji. Za jej zły nastrój winiliśmy wychodzące zęby, przeziębienia, złą pogodę. Ale wtedy dotarło do mnie, że wszystko trwa zbyt długo. Moje dziecko może być pryszczate, może nie mówić, może być "niedoskonałe" na wiele sposobów - ale nie zgadzam się, żeby było smutne.

Spotkałam się też wtedy z M, koleżanką, która też ma córkę, tyle, że cztery miesiące młodszą. Często wymieniałyśmy doświadczenia, przemyślenia i refleksje na temat macierzyństwa, dlatego też nasze spotkania były raczej zdominowane opowieściami o mojej Ewie i jej Kostce. Wtedy rozmawiałyśmy między innymi o reagowaniu na imię i zdałam sobie sprawę, że Ewa nigdy na imię nie reagowała, a być może powinna?
No i zaczęłam szukać. Tak, w wieku 11 miesięcy dziecko powinno już reagować na swoje imię. Co mówi dr Google? Niedosłuch lub autyzm.

Kolejny tydzień był chyba najgorszym w moim życiu. Podzieliłam się wątpliwościami z Dawidem i on najpierw zareagował z powątpiewaniem, ale później zaczął Ewę obserwować. Dwa dni później stwierdził, że coś może być na rzeczy. Umówiliśmy się do laryngologa. Czekając, nie mogliśmy powstrzymać się, żeby jej nie testować. Zareaguje na hałas? Na klaskanie? Na piosenkę?

A najgorsze było chyba to, że ja po cichu trzymałam kciuki za ten niedosłuch. Bo to wydawało mi się wtedy łatwiejsze do ogarnięcia niż alternatywa...

Zresztą, przez cały ten czas, i jeszcze długo później, nie byliśmy w stanie w ogóle wypowiedzieć słowa "autyzm". Oboje wiedzieliśmy, że istnieje taka możliwość. Oboje czytaliśmy na ten temat. Ale wypowiedzenie samego słowa było jak zaklęcie, które mogłoby się zrealizować.

Laryngolog nie stwiedziła nic, co mogłoby wskazywać na problemy ze słuchem.


czwartek, 5 września 2013

Powody do śmiechu

Niezależnie od tego, co śpiewam Ewie, ta śmieje się do rozpuku. Jeszcze przy "Makumbie" łudziłam się, że to tekst ją śmieszył. Ale jak roześmiała się przy "Nothing compares to you", zaczęłam podejrzewać, że może jednak chodzić o moje zdolności wokalne...:)

poniedziałek, 8 lipca 2013

Rozmowy

Cytryna staje się powoli bardzo rozmowna. W pogawędki angażuje się bardziej, niż większość dorosłych - patrzy rozmówcy głęboko w oczy, obserwuje usta. Pojawiające się dźwięki analizuje z mądrym wyrazem twarzy lub też od razu wyraża swój zachwyt szerokim uśmiechem i machaniem wszystkimi kończynami. Dobrze wie, że taki dialog oznacza konieczność wydawania dźwięków również przez nią, więc ćwiczy kolejne sylaby. Czasami zamyśla się na dłużej, testuje różne ułożenia ust, jakby kombinowała z nowymi dźwiękami - tyle, że na sucho:)

Czym bardziej straszny i dziwny dźwięk, tym lepiej. Rozmowy w stylu "guuuu! guuuu!" są najwyraźniej dla mięczaków - owszem, czasami i takie prowadzi, ale zdecydowanie woli przeraźliwe "ghrrr! ghrrr! phrrrrr!" Przy takich pojawiają się najszersze uśmiechy. A po nich - na dowód najwyższego zachwytu i podekscytowania - czkawka:)