Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osiągnięcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osiągnięcia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2016

O mówieniu

Ostatnio każde popołudnie ma jeden stały punkt programu: ciastolinę. Miłość Ewy do ciastoliny sięga samych początków terapii, kiedy jako kilkunastomiesięczny berbeć zajmowała się upychaniem różnych małych koralików, kamyczków, kawałków makaronu w ciastolinowej kuli. Dzisiaj zabawy są na szczęście nieco bardziej wysublimowane - wyposażona w cały zestaw foremek, wyciskarek i nożyków stała się mistrzem ciastolinowego cukiernictwa.

My tymczasem, korzystając z chwili spokoju, delektujemy się możliwością położenia się we dwójkę na kanapie. (A musicie wiedzieć, że przebywanie na kanapie we dwójkę różni się zasadniczo od przebywania we trójkę, jednym tyci-tyci szczegółem - brakiem ruchliwej trzylatki pomiędzy jej rodzicami:))

Chwilę rozmawiamy, w pewnym momencie postanawiam pokazać Dawidowi na komórce zwiastun pewnego filmu, na który planujemy się kiedyś wybrać (widzieliśmy już pierwszą część). Przy czym moja komórka jest podpięta do wieży i głośników, więc odpalenie filmiku powoduje wyciszenie lecącej wcześniej muzyki i po chwili w całym mieszkaniu słychać to, co tak "cichaczem" chcieliśmy sobie obejrzeć. 

I nagle od strony stołu usłyszeliśmy mrożące krew w żyłach: 

- Co tam robicie, RODZICE?

Przyłapała nas. 

Ja: A nic, tak tu sobie siedzimy. 
Ewa: Oglądacie mecz? (nie wiem, czemu jej się to z meczem skojarzyło)
Ja: No... tak. 
Ewa: Strzelają gole? 

W tym miejscu chciałabym zwrócić Waszą uwagę na coś, co być może niełatwo zauważyć, a co dla nas jest ogromnie ważne. 

EWA ZADAJE PYTANIA I PROWADZI DIALOG.

Jest to o tyle niesamowite, że jeszcze kilka miesięcy temu nie zadawała pytań w ogóle, a teraz zadaje je coraz częściej, bywa, że nawet kilka dziennie. 

Przyjęło się traktować mowę zero-jedynkowo: mówi albo nie mówi. Ale mowa ma szereg funkcji, i mimo, że Ewa zaczęła mówić już przeszło rok temu (a składać zdania - rok temu), to jednak wiele funkcji mowy/komunikacji w ogóle się u niej nie pojawiało, albo pojawiało się bardzo rzadko. 

W jednej z książek dotyczących wprowadzania komunikacji alternatywnej* znalazłam takie typy komunikacji:




W pierwszej tabeli mamy typy komunikacji: 
- spontaniczna prośba
- spontaniczny komentarz
- prośba w odpowiedzi na pytanie
- komentarz w odpowiedzi na pytanie
- naśladowanie/imitacja

W drugiej mamy:
- wypełnianie instrukcji w celu spełnienia czyjejś potrzeby
- wypełnianie instrukcji w celu spełnienia własnej potrzeby

W zasadzie możemy stwierdzić, że wszystkie te punkty Ewa spełnia. 

Jeśli natomiast na mowę i komunikację spojrzymy szerzej, możemy stwierdzić, że osoby z autyzmem mogą mieć problemy w następujących sferach**:

1. Gesty, intonacja, melodia, rytm wypowiedzi, ekspresja mimiczna, postawa ciała, kontakt wzrokowy (które decydują o efektywnym porozumiewaniu się w określonym kontekście społecznym).
Ewa: ocena niektórych elementów jest trudna i bardzo subiektywna, szczególnie, jeśli oceniać miałaby osoba, która sama jest dosyć oszczędna w ekspresji, gestach i mimice (jak ja). Melodia i rytm wypowiedzi wydaje mi się raczej poprawny. Kontakt wzrokowy raczej słaby.

2. Rozumienie żartów, metafor i idiomów,
Ewa: trudno ocenić w przypadku dziecka w wieku zaledwie 3,5 lat:)

3. Naprzemienny udział w rozmowie.
Ewa: naprzemienne rozmowy pojawiają się od jakiegoś czasu (kilka miesięcy), obejmują do 4-5 wypowiedzi każdej ze stron. Kilka razy udało się przeprowadzić taką rozmowę w sytuacji, w której nie miałam możliwości "przywołania" uwagi Ewy (poprzez kontakt fizyczny) - w naszym przypadku był to samochód podczas powrotu z przedszkola (ja siedziałam z przodu, Ewa w foteliku, z tyłu). 

4. Organizowanie informacji w sposób zrozumiały dla rozmówcy.
Ewa: tutaj gorzej. Ewa często zwraca się z jakąś aluzją/cytatem/odwołaniem, do osoby, która może tego komunikatu nie zrozumieć (np. w rozmowie z panią w przedszkolu wypowiada cytat z bajki, którą oglądała z nami w domu, licząc na kontynuację "dialogu" - nie zdaje sobie sprawy z tego, że adresat jej wypowiedzi może nie kojarzyć tego tekstu).

5. Dostrzeganie oraz naprawianie błędów komunikacyjnych (np. wyjaśniania lub udzielania dodatkowych informacji, gdy rozmówca nie zrozumiał komunikatu).
Ewa: uściślanie wypowiedzi następuje tylko wtedy, kiedy zostanie zapytana. 

6. Komunikowanie się w celu dzielenia zainteresowań lub podtrzymania interakcji.
Ewa: wydaje mi się, że ten rodzaj komunikacji pojawia się u Ewy.

Prof. Pisula podaje również kilka cech mowy/komunikacji, które mogą być charakterystyczne dla autystów:

1. Ograniczenie mowy do wyrażania swoich potrzeb i nazywania przedmiotów pojedynczymi słowami.
Ewa: używa mowy również do innych celów. Ostatnio lubuje się w używaniu przymiotników - np. jedna z jej ulubionych maskotek nie jest już tylko "trollem" czy "Poppy", ale np. "różowym prześlicznym trollikiem" :)

2. Mowa rzadko jest wykorzystywana do komentowania wydarzeń, dzielenia się z kimś odczuciami, doświadczeniami, do przekazywania informacji, wyrażania intencji i zamiarów.
Ewa: komentuje ("o, patrz, mucha!"), dzieli się odczuciami ("jest mi smutno i jestem małym płakulkiem"), przekazuje informacje (tutaj rzadziej, przekazywana informacja zazwyczaj wiąże się z jakąś obserwacją lub jest odpowiedzią na pytanie), wyraża intencje i zamiary ("chcę zajechać po Tatka i jechać pociągiem!").

3. Posługiwanie się językiem w sposób schematyczny i mało elastyczny, tendencja do dosłownego interpretowania wypowiedzi.
Ewa: jeśli chodzi o wypowiedzi, to jest raczej elastyczna. Co do tendencji do dosłownego interpretowania wypowiedzi - myślę, że w jakimś stopniu tak jest, trudno jednak na tym etapie to ocenić (niemniej jednak oduczyłam się już np. mówić jej: "zawołaj windę", zamiast tego mówię raczej "naciśnij przycisk windy":))

4. Częste są stereotypie językowe, echolalie i zamienianie zaimków (głównie osobowych).
Ewa: stereotypii językowych raczej nie ma, jeśli chodzi o echolalie, to specjaliści doszliby pewnie do wniosku, że skłonność do powtarzania różnych cytatów jest formą echolalii odroczonej (ale na tej zasadzie - wszyscy mamy echolalie). Z zaimkami osobowymi faktycznie jest niewielki problem, również dlatego, że bardzo długo, aby nauczyć Ewę rozpoznawania swojego imienia i słów mama/tata, mówiliśmy o sobie i o niej w trzeciej osobie. To trochę zaburzyło nam system.

5. Dążenie do bardzo precyzyjnego wyrażania swoich myśli (w przypadku osób z ZA oraz wysokofunkcjonujących autystów)
Ewa: zobaczymy:)

Póki co, większość tych funkcji występuje głównie albo wyłącznie w sprzyjających warunkach, czyli w domu, w naszej obecności. Czym otoczenie bardziej stresujące, tym Ewa mówi mniej. Niemniej jednak - zrobiła bardzo duże postępy w ciągu ostatniego roku:)


*) "A Picture's Worth. PECS and other visual communication strategies in autism" - Andy Bondy, Lori Frost
**) "Autyzm. Od badań mózgu do praktyki psychologicznej" - Ewa Pisula

piątek, 28 października 2016

PECS

Od dawna obiecuję sobie, że na ten temat napiszę, ale zawsze mi to jakoś ucieka. Może dlatego, że temat nie dotyczy już nas tak bardzo jak kiedyś. Ale moim zdaniem jest jednak warty opisania.

(Notka będzie pewnie długa i możliwe, że mało ciekawa dla osób spoza "branży" - z góry przepraszam:))

Chyba nie ma tygodnia, żebym na jakimś forum nie natknęła się na historię typu: "moje dziecko ma 3/4/5 lat, nie mówi, nie pokazuje palcem, chodzimy na terapię, mamy zajęcia z logopedą, co dalej?". Czym dziecko z opowieści jest starsze, tym bardziej mnie irytuje, że nikt nie próbował wprowadzić temu dziecku żadnej metody komunikacji alternatywnej. Jakby brak komunikacji ze strony dziecka wynikał z jego braku jakichkolwiek potrzeb. Już dziecko kilkunastomiesięczne ma bardziej rozwinięte potrzeby niż tylko "jeść-pić-spać-mokra pielucha-boli". Wraz z poznawaniem nowych smaków, z odkrywaniem nowych zabaw czy czynności pojawiają się różne preferencje i zachcianki. "Jeść" ewoluuje w kierunku "chcę zjeść zupę pomidorową z makaronem, w zielonej miseczce z pieskiem, fioletową łyżką". I dzieje się tak niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z dzieckiem zupełnie zdrowym, czy takim ze spektrum.

I teraz wyobraźcie sobie, że macie ochotę na zupę pomidorową. Nie na jarzynową, nie na kalafiorową, nie na chrupki, nie na kanapkę. NA ZUPĘ POMIDOROWĄ. I nie macie możliwości o tym powiedzieć, nie wiecie, jak to pokazać. A sami sobie zupy nie weźmiecie. Jak się czujecie?

"Bo przecież jakby czegoś chciał, to by pokazał". Nic bardziej mylnego - dziecko ze spektrum autyzmu często nie wie, jak coś przekazać, może też mieć problem z tzw. "teorią umysłu" - czyli może nie rozumieć, że jak ono coś wie/czuje, to nie oznacza automatycznie, że wszyscy wkoło o tym wiedzą.

Ewa długo nie potrafiła komunikować. Na porządku dziennym był płacz z niewiadomych przyczyn. Schemat podobny - najpierw rozdrażnienie, później płacz, czasem wręcz histeria. Można było się domyślić, że czegoś chce, ale nie potrafiła powiedzieć, czego. Podtykaliśmy jej wtedy kolejne rzeczy, licząc na to, że w końcu trafimy.

W pewnym momencie natrafiłam na informację o PECS (Picture Exchange Communication System). PECS to sposób wprowadzania komunikacji wspomagającej i alternatywnej (AAC - Augmentative and Alternative Communication) u osób (również dzieci) ze spektrum autyzmu. Metodę opracowała ponad 30 lat temu dwójka terapeutów pracujących z dziećmi z autyzmem. Zauważyli oni, że większość metod AAC wymaga inicjatywy terapeuty, co sprawia, że autysta zawsze na tę inicjatywę czeka i nie wie, że powinien ją przejąć. Metoda opiera się na zestawie obrazków (zdjęć lub symboli) oraz specjalnym protokole wprowadzania poszczególnych etapów komunikacji tymi obrazkami.

PECS ma kilka plusów, które moim zdaniem sprawiają, że dziecko - nawet takie kilkunasto- dwudziestoparomiesięczne powinno szybko załapać, o co chodzi:

- dziecko nie musi rozumieć symboli - można przygotować obrazki do komunikacji, posługując się zdjęciami (my tak zaczynaliśmy:)),
- dziecko nie musi wykonywać żadnego konkretnego gestu (co jest szczególnie korzystne w przypadku dzieci, które np. mają problemy z napięciem mięśniowym, są niezgrabne, niesprawne manualnie),
- "sukces" w postaci nawiązania komunikacji jest stosunkowo łatwy do osiągnięcia: wystarczy, że dziecko poda odpowiedni obrazek i... już! Nie trzeba dużo wysiłku.

My do koncepcji wprowadzenia PECS podchodziliśmy dwukrotnie. Za pierwszym razem (Ewa miała wtedy niespełna dwa lata) dałam się zdemotywować naszej p. Psycholog, która twierdziła, że Ewa nie ogarnie symboliki, bo nie potrafi kategoryzować. Teraz wiem, że błędem było czekać - trzeba było wprowadzić zdjęcia i później stopniowo dokładać piktogramy. No ale co się stało, to się nie odstanie:)

Za drugim razem postanowiliśmy zrobić to na własną rękę. Kilka obejrzanych filmików na youtubie (jest ich sporo, niestety, większość po angielsku - ale niewiele tam mówią, więc nawet jeśli ktoś nie zna języka, to sporo załapie. Niestety, większość szkoleń i publikacji w Polsce jest POTWORNIE droga, więc radzę najpierw skorzystać z tego, co za darmo w internecie), kilka wydrukowanych zdjęć i można było zaczynać.



Specjaliści piszą, że należy zacząć od jednego obrazka i powinno to być coś, co dziecko bardzo lubi. Większość terapeutów korzysta tutaj z jakichś przysmaków, słodyczy. Jak myśmy zaczynali, to Ewa była na ścisłej diecie, więc jedzenie odpadało. Trzeba było wymyślić coś innego.

Nasz pierwszy obrazek wyglądał tak:


Siedliśmy kiedyś razem w trakcie kąpieli Ewy i zaczęliśmy pierwszy etap. Obrazek leżał na brzegu wanny, Dawid trzymał w ręku bańki. Ewa widziała bańki i chciała, żeby Dawid zaczął je puszczać. Wtedy ja brałam jej rękę, brałam tą ręką obrazek z bańkami i w ten sposób podawałyśmy Dawidowi. Dawid brał ostentacyjnie obrazek, mówił "Bańki! Dobrze, tata puści bańki." Odkładał obrazek, puszczał bańki, kończył puszczać, zakręcał pudełko i czekaliśmy na reakcję. Kilka razy pomogłam ręce Ewy złapać obrazek, po czym dalej radziła sobie już sama.

Później - tego samego dnia albo następnego, już nie pamiętam - pojawiło się u nas więcej obrazków. Początkowo naklejaliśmy je na rzepie w miejscach, do których te obrazki logicznie przynależały (jedzenie w kuchni, zabawki koło półek z zabawkami itd.), drugi zestaw umieszczony został w segregatorze.

Ewa początkowo analizowała zdjęcia. Chodziła, oglądała, jakby uczyła się na pamięć, gdzie co jest i jaki ma teraz zasób "słów". Podobnie było wtedy, kiedy do zdjęć dołączyliśmy piktogramy. Siedziała i przeglądała segregator.

Zaczęliśmy używać obrazków zadając Ewie pytania (np. o to, co chce zjeść - pokazując jej na obrazkach różne nasze propozycje). Ewa zaczęła też sama wyciągać obrazki i je przynosić.

O co chodzi w komunikacji załapała dzięki obrazkom bardzo szybko. Wiedziała, że żeby coś otrzymać, musi najpierw o to poprosić, musi wykazać inicjatywę. Zdjęcia były strzałem w dziesiątkę - pokazywały konkretne przedmioty, które znała.

Sporo osób ma wątpliwości, czy obrazki nie rozleniwią dziecka i nie opóźnią rozwoju mowy. U nas tak się nie stało. I z badań wynika, że tak się nie dzieje. Ważne jest to, aby przy wymianie obrazka powiedzieć na głos słowo, które ten obrazek reprezentuje. Wtedy dziecko utrwala sobie ten wyraz, często też orientuje się, że wypowiedzenie samego słowa zajmuje dużo mniej czasu niż poszukanie obrazka i podanie go.

Ewie dojście do tej wiedzy zajęło niepełne dwa miesiące. W tym czasie nauczyła się korzystać z obrazków, załapała o co chodzi w komunikacji, zaczęła powtarzać słowa i ostatecznie zrezygnowała z obrazków.

Mimo wszystko jednak obrazki pojawiały się u nas, w mniejszym lub większym stopniu, również po tych dwóch miesiącach. Niemniej jednak wtedy właśnie Ewa zaczęła komunikować - i jestem przekonana, że nie było to konsekwencją powtarzania sylab na zajęciach logopedycznych, ale właśnie komunikacji obrazkowej. W ciągu zaledwie kilku dni od pokazania jej segregatora pełnego zdjęć jej poziom stresu obniżył się pewnie o połowę. To było naprawdę niesamowite - obserwować taką magiczną przemianę - wiecznie podirytowane dziecko nagle robi się spokojne.

Umiejętność komunikacji jest jednak bardzo ważna.

Dlatego uważam, że wprowadzanie jakiejkolwiek metody AAC powinno być pierwszą rzeczą, którą zrobi terapeuta, kiedy trafia do niego dziecko, które nie komunikuje - bez względu na diagnozę.





sobota, 13 sierpnia 2016

Zasada zdjęć paszportowych

POTWIERDZILIŚMY - zdjęcie w paszporcie musi być brzydkie. Nawet nasza piękna córka, która na wszystkich zdjęciach wygląda jak drugie wcielenie Shirley Temple, dorobiła się właśnie zdjęcia paszportowego rodem z kroniki policyjnej.

Gorzej to mogłoby być chyba tylko gdybyśmy jej wyrabiali kartę kibica Legii Warszawa. Zdjęcia do karty kibica robione są na miejscu, w punkcie, który karty wydaje - i mam wrażenie, że mają tam jakiś specjalny filtr, którym te zdjęcia obrabiają, bo każdy wygląda na nich jak zbój. Przykładowo mój Mąż - przystojny i niezwykle fotogeniczny - wygląda na swoim zdjęciu, jakby zaraz miał ruszyć na jakąś ustawkę, żeby komuś wpie***lić. Ja też nie wyglądam lepiej (taaak, pełna nadziei, że Mąż zabierze mnie kiedyś na jakiś mecz, pozwoliłam sobie taką kartę wyrobić. Na mecz nigdy nie poszłam, Najlepszy-z-Braci - kibic Lecha - prawie przestał się do mnie odzywać:))

Swoją drogą żałuję, że nie udało mi się sfilmować całego procesu robienia zdjęcia do paszportu - no ale nie chciałam dziewczyny stresować dodatkowym obiektywem. W każdym razie - nie było łatwo. Okazało się, że równoczesne trzymanie otwartych oczu, zamkniętej buzi, twarzy zwróconej na wprost i wyprostowanego ciała jest w zasadzie niemożliwe. Trochę jak z moimi próbami pływania kraulem ("oddychanie-machanie nogami-machanie rękami" - wybierz 2 z 3). Na szczęście pan nastrzelał tyle fotek, że coś tam udało się wybrać:)

[Notka o zdjęciach, ale bez zdjęcia - te opieczętowaliśmy klauzulą "Ściśle Tajne" i schowaliśmy głęboko. Zdjęć w paszporcie się nie pokazuje, no, chyba, że jest to ABSOLUTNIE konieczne:)]

czwartek, 11 sierpnia 2016

Po angielsku

Bo z Ewą to jest tak, że można zadawać to samo pytanie dziesiątki razy i nigdy nie doczekać się reakcji - po czym któregoś dnia po prostu na to pytanie odpowie, zupełnie, jak gdyby robiła to zawsze (pytanie "a co tam dzisiaj robiłaś w przedszkolu" zadaję jej odkąd do tego przedszkola poszła, a dopiero wczoraj doczekałam się odpowiedzi). I nie dziwi nas w zasadzie, że ona potrafi coś powiedzieć albo że coś wie - bardziej to, że wreszcie postanowiła do nas przemówić.

Dzisiaj wieczorem Dawid poprosił Ewę, żeby zaśpiewała piosenkę, której nauczyła się na angielskim. Nie spodziewaliśmy się fajerwerków:) A tymczasem Ewa postanowiła nam tę piosenkę zaśpiewać (no, to była raczej melorecytacja, jeśli mam być precyzyjna, ale kto by się tam przejmował). Po angielsku. I ZROZUMIELIŚMY KAŻDE SŁOWO.

"Knock, knock, knock,
what's in the box?
One... Two... Three...
Open the box!
Helloooo!"

A szczególnie dumna jestem z wymowy "two". Ja tak ładnie nie potrafię wymówić "two". Dołączam "two" do listy angielskich słówek, które uwielbiam słuchać w wykonaniu Ewy (na liście jest już "fairy" - słówko, którego Ewa nauczyła się z jakiejś aplikacji na iPadzie).

Rozumienie tego, co Ewa mówi, było coraz łatwiejsze, dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że teraz będzie trzeba najpierw domyślić się, w jakim języku mówi:)



W domu

Zawsze mnie nieco dziwiły utyskiwania rodziców na różnego rodzaju autystycznych forach, "że znowu wakacje, trzeba gdzieś będzie z dzieckiem wyjechać". To znaczy teoretycznie wiedziałam, o co chodzi - dzieci są przyzwyczajone do jakiegoś rytmu, a wakacje ten rytm zaburzają - no ale tylko teoretycznie...

Z każdym rokiem Ewa jest coraz starsza i coraz bardziej samodzielna, ale też coraz wyraźniej widać różnicę pomiędzy jej funkcjonowaniem w domu i poza nim. W tym roku wyjazd zmęczył nas na tyle, że po powrocie autentycznie cieszyliśmy się, że następnego dnia jest poniedziałek i wracamy do rytmu przedszkole-praca:)

Miałam tutaj napisać więcej o tym, jak to dziecko mi się na wywczasach rozregulowało, ale... dam już sobie spokój z marudzeniem i zamiast tego pochwalę się, że nauczyłam Ewę jeść... bułkę z masłem! :) Brzmi absurdalnie, ale w przypadku dziecka z pogłębiającą się wybiórczością jedzeniową i ogromną awersją do próbowania nowych potraw - jest niemałym sukcesem. Planuję pójść za ciosem i od przyszłego tygodnia zacząć jej przemycać do tej bułki kolejne produkty. Jakiś serek na początek?

W każdym razie - od poniedziałku mamy w domu dziecko-ideał:) Zero histerii, prawie zero wymuszania pomocy (na wakacjach potrafiła mówić "pomóż", jak poprosiło się ją np. o zdjęcie butów - i to "pomóż" oznaczało "zrób to za mnie"), zero "jestem chora, do szpitala". Poprawił się kontakt, poprawiła się też mowa. Wczoraj, jak wracałyśmy z przedszkola, przeprowadziłam chyba najbardziej rozbudowany dialog w historii (co było tym bardziej zaskakujące, że nie siedziałam na przeciwko niej, nie mogłam więc skupić jej uwagi na sobie poprzez np. dotknięcie ramienia):

Ja: "Ewa, a co robiłaś dzisiaj w przedszkolu?"
Ewa: "Emmm... Śpiewałam po angielsku, przytulałam, czytałam bajki."
Ja: "A kogo przytulałaś?" (imię i nazwisko, szybko, a ja już go znajdę i prześwietlę...:))
Ewa: "Kłapouszka." (ufff...)
Ja: "A kto czytał bajki? Pani?"
Ewa: "Sama."
Ja: "A, a o czym te bajki były?"
Ewa: "Emmm... O Puchatku, o miodku..." (i tu nastąpił monolog o jakichś pszczółkach i muszkach, nie do powtórzenia niestety:))


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Plusy choroby


Choroba trzymała Ewę długo – przez tydzień walczyliśmy z samą temperaturą. Na szczęście jest już dużo lepiej, teraz druga część wakacji (widać Opatrzność nad nami czuwała, że tak zaplanowaliśmy urlop – z tygodniową przerwą w środku).
Ale choroby w przypadku Ewy mają czasami też swoje plusy – mogą skutkować jakimś sukcesem w sferze rozwoju mowy i komunikacji.
Komunikowanie pojawia się u małych dzieci z reguły wtedy, kiedy dzieciom czegoś brakuje, kiedy czują jakąś potrzebę. Ewa była pod tym względem zawsze dosyć obojętna – jej podstawowe potrzeby (picie, jedzenie) były zawsze zaspakajane, pozostałe albo ignorowała, albo próbowała jakoś zaspokoić we własnym zakresie. W wyjątkowych sytuacjach zaczynała po prostu płakać i to na nas ciążył obowiązek domyślania się, o co chodzi (kiedyś napiszę więcej, jak ostatecznie rozwiązaliśmy ten problem i jak nauczyliśmy Ewę, do czego mówienie w ogóle służy).
Zwykła potrzeba nie wystarczała, aby pojawiła się u Ewy jakaś zmiana. Większość komunikacyjnych “skoków rozwojowych” musiało być poprzedzone jakimś małym dziecięcym dramatem.
Ewa na przykład bardzo długo nie potrafiła zawołać “mama”. Owszem, mówiła (a raczej powtarzała) słowo “mama”, potrafiła też mnie nazwać, jak się ją o to spytało (podobnie ze słowem “tata” i Dawidem). Ale nie zwracała się do mnie w ten sposób. A przecież wołanie “mama” to z reguły pierwszy etap komunikacji w wykonaniu najmłodszych dzieci. W jednym “mama” można zawrzeć tyle treści – prośbę o wzięcie na ręce, chęć zjedzenia posiłku czy pytanie o nieznany przedmiot. Tymczasem Ewa miała prawie dwa lata, a u nas tego “mama” ciągle nie było.
Jakiś czas przed jej drugimi urodzinami nasilił się u Ewy lęk separacyjny. Było to wywołane kilkoma zdarzeniami – najpierw była choroba, później odeszła nasza niania, pojawiła się nowa… W każdym razie jej niechęć do tracenia nas z oczu urosła do takich rozmiarów, że trudno było nawet wstać z kanapy i pójść do kuchni, żeby zrobić herbatę. A kuchnię mamy połączoną z salonem…
Najgorzej było rano – staraliśmy się wstawać i brać prysznic jeszcze zanim Ewa się obudzi, ale nie zawsze wychodziło. Czasem to my przysnęliśmy, czasem ona się szybciej obudziła. I jeśli nie widziała wtedy nas obojga – zaczynała płakać. Rano zazwyczaj to ja biorę prysznic jako druga, często więc ten płacz był spowodowany właśnie moją nieobecnością. A ciężko jest szybko wyskoczyć z prysznica, szczególnie, jeśli właśnie zaczęło się namydlać włosy…:) Z tamtego okresu pamiętam więc pośpieszne mycie włosów w akompaniamencie ryku zza drzwi. Dawidowi też nie było lekko – to on musiał Ewę uspokajać, co w sumie nie miało większego sensu, bo wiadomo było, że płacz nie ustanie, dopóki się nie pojawię. Ale podpowiadał jej zawsze: “zawołaj mama!”.
I pewnego dnia, spłukując szampon z włosów, usłyszałam wśród łkań pierwsze, rozpaczliwe “mamaaa!”.
Z kolei choroba, która właśnie mam nadzieję się kończy, zaowocowała innym “mama”. “Mama” śródnocnym. Kiedyś, jeśli Ewa zbudziła się w nocy i było jej z jakiegoś powodu źle, to zaczynała płakać (oczywiście czasami budziła się i źle wcale jej nie było – wtedy można było usłyszeć różnego rodzaju monologi w jej wykonaniu). Teraz – po prostu przychodzi. Doszliśmy już nawet do takiego stopnia zaawansowania, że czasami zjawia się w naszym łóżku, ale żadne z nas nie jest w stanie określić, kiedy właściwie przyszła. Ot, po prostu nagle się pojawia, znajduje sobie jakiś kącik, kładzie się i śpi dalej:)
No, ale choroba oznacza czasami przebudzenie w środku nocy, z gorączką i bólem głowy. Wtedy człowiek nie ma siły na spacery gdziekolwiek, z drugiej strony jednak pamięta, że takie sobie popłakiwanie po cichutku może nie odnieść zamierzonego skutku. I wtedy właśnie pojawia się “mama” śródnocne, oznaczające: “mamo, obudziłam się i nie mam siły przyjść, chodź do mnie!”. I to jest właśnie nasze najnowsze osiągnięcie:)


 (Ale dzisiaj jesteśmy na wakacjach, Ewa czuje się lepiej, tęcza na niebie, jest super:))

poniedziałek, 25 lipca 2016

Jak nauczyć dziecko pić wodę - w mniej niż minutę

Oduczenie dziecka picia słodkich napojów i przekonanie go do wody - oto jedno z największych wyzwań współczesnych rodziców! Nam się to udało - zupełnie przypadkowo:)

Co będzie potrzebne:
- napój elektrolitowy (taki z apteki, w saszetce, do rozrobienia w 200 ml wody)
- ulubiony sok dziecka
- woda

Co należy zrobić:
1. Przygotuj dziecku napój elektrolitowy do wypicia.
2. Posmakuj napój przed podaniem. Dojdź do wniosku, że jest obrzydliwy.
3. Dolej trochę ulubionego soku dziecka (w naszym przypadku - "jabłuszkowy")
4. Podaj dziecku do wypicia. Zobacz, jak się krzywi i pluje.
5. Spróbuj podać raz jeszcze. Spotkaj się z GWAŁTOWNĄ odmową wzięcia słomki do ust.
6. Przeproś dziecko, że próbowałeś/łaś skrzywdzić je tak obrzydliwym napojem.
7. Pobiegnij szybko po sok, tym razem bez elektrolitowej "wkładki". Podaj dziecku do wypicia. Spotkaj się z GWAŁTOWNĄ odmową wzięcia słomki do ust, uzupełnioną rozpaczliwym krzykiem: "Chcę wody!"
8. Podaj dziecku jego/jej UPRAGNIONĄ wodę.
9. CIESZ SIĘ NIEOCZEKIWANYM SUKCESEM.

Minus jest taki, że sukces trwa do momentu, w którym dziecko zapomni o tym, co zdarzyło się w punkcie 4:)

wtorek, 5 lipca 2016

O Pyszczu, co jeździł koleją

Właśnie zaliczyłyśmy z Ewą drugą wyprawę pociągiem (w wersji "na bogato", czyli Pendolino) na trasie Warszawa-Gdańsk-Warszawa, więc można śmiało stwierdzić, że Gwiazda jest już doświadczonym podróżnikiem. Pierwsza wyprawa miała miejsce jeszcze w kwietniu i jechaliśmy w trójkę, drugą odbyłyśmy już tylko we dwie.

W tym miejscu wypadałoby zaznaczyć, iż nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie dwa niezmiernie ważne gadżety: iPad i zakupiona-na-dworcu-gazetka-z-wróżkami/księżniczkami/puchatkami/itd.-i-plastikowym-czymśtam-gratis. Tematem przewodnim poprzedniego wyjazdu były "skrzydełka wróżki i różdżka" - dzięki którym dało się zaczarować pociąg tak, aby ruszył. Tak ją skutecznie z Dawidem wkręciliśmy ruszając z Centralnej ("No, Ewa, czaruj, abrakadabra, hokus pokus... raaaaaaaz....dwaaaaaaaa.... trzy..... i.... i..... iiiiiii.....!!! No ale czekaj, nie pacnęłaś różdżką! Iiiiiii....! JUŻ!"), że mieliśmy ubaw aż do Gdańska, bo za każdym razem jak pociąg miał ruszyć z kolejnej stacji, Ewa z równym przejęciem "czarowała".



Tym razem zaopatrzyłyśmy się w nową bajkę na drogę, właśnie o Dzwoneczku, więc kolejny numer wróżkowej gazetki miał być niejako dopełnieniem - tyle, że dworcowe kioski nie były na naszą magię przygotowane i nie posiadały w swym asortymencie odpowiedniej prasy. Na szczęście "Księżniczki" (na trasie Warszawa-Gdańsk) i "Klinika dla pluszaków" (na trasie Gdańsk-Warszawa) dały radę.

Największym zaś rozczarowaniem całej podróży był zestaw "produktów mężczyznopodobnych", z którymi przyszło nam się zetknąć podczas wysiadania w Gdańsku. Cała operacja wsiadania i wysiadania była bowiem najbardziej newralgicznym punktem całej wycieczki - trzeba było ogarnąć w czasie i przestrzeni: 1) Gwiazdę (wraz z Heniem na głowie), 2) wielką walizę, 3) plecak (to najłatwiej, bo na plecach). I niby ręce mam dwie, ale jednak wziąć jednocześnie w ręce walizę i Ewę i wysiąść z pociągu nie jest tak łatwo. Tutaj pojawia się dylemat: zostawić Ewę w pociągu, wytargać walizkę na peron, wrócić po Ewę (ale co zrobić, jeśli w momencie, kiedy ja jestem zajęta targaniem walizki, Ewa jednak ruszy za mną, potknie się na schodkach pociągu i z nich zleci, pół biedy, jeśli na peron, ale co, jeżeli spadnie na tory)? Czy: wynieść Ewę na peron, postawić i przykazać, żeby czekała, i wtedy wynieść walizkę (ale na peronie tłok, ludzie się przepychają, ktoś ją jeszcze popchnie, zabierze, albo ona odwróci się i pobiegnie gonić gołębia, który właśnie sfrunął z peronu na tory...)? No ciężka sprawa. Po cichu liczyłam na to, że ktoś - nie wiem, na przykład któryś z wysiadających panów (a było ich sporo, wiecie, pielgrzymka na Open'era), zobaczy kobietę z dzieckiem i wielką walizą, i nie wiem, zapyta: "może pani pomóc"? Nie liczę na to, że ktoś mi tę walizę wytarga z pociągu, o nie, ja wiem, że równouprawnienie i takie tam, a poza tym, to faceci rachityczni teraz są, wiotcy tacy... Ja sobie tę walizę taką wielką spakowałam, to ja sobie ją mogę targać, dam radę. Ale mógłby któryś chociaż zaproponować: "to ja pani dziecko przytrzymam/podam". Drobiażdżek taki, a jak pomocny!

Gdzie tam. W jednej ręce walizka, drugą trzymam Pyszcza, najpierw wysiada walizka, później ja, za mną Pyszcz, staczamy się razem na peron. "Powoli Ewa, po jednym stopniu, patrz pod nogi!" - mówię, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem i miejsce, w którym ląduje walizka, i nogi Pyszcza.

"Powooooli!" - słyszę za plecami cenną uwagę jednego z panów. Bardzo pomocne, bardzo.

Na szczęście przy pozostałych operacjach wsiadania/wysiadania z pociągu miałyśmy wsparcie;)

piątek, 29 kwietnia 2016

Pasta do zębów

Gdzieś tak pod koniec zeszłego roku udało nam się wreszcie nauczyć Ewę wypluwać pastę do zębów, przyszedł więc czas na kupienie "poważnej" pasty z fluorem, takiej dla starszych dzieci. I tutaj pojawił się problem - Ewa za nic nie chciała wziąć jej do ust. Przekonywaliśmy na wszystkie sposoby - pokazywaliśmy, jaki to ciekawy obrazek jest na tubce, że pasta ma fajny kolor, ładnie pachnie. Tata wymył sobie nią zęby, później Mama. Nic nie działało.

Cóż było zrobić - przy następnej okazji kupiłam inną pastę. Taka sama reakcja. Jeszcze inną - tym razem postawiłam nie na markę pasty, ale na "trendy" obrazek na opakowaniu (Myszka Miki). Nic. Księżniczki. Nic. Zwierzątka. To samo...

Próbowaliśmy kłaść na szczoteczkę nową pastę przykrytą starą pastą. Wyczuła. Obmyślałam nawet sposób na rozbrojenie tubki ze starą pastą i umieszczenie w niej nowej. Nie chodziło już nawet o to, żeby umyła sobie nią zęby, ale żeby spróbowała i przekonała się, że nowa pasta nie jest taka zła.

Po jakimś miesiącu stwierdziliśmy, że dajemy sobie póki co spokój. Uprzątnęliśmy ze zlewu kolekcję w zasadzie nieużywanych past i rozdaliśmy je dzieciatym znajomym.

Swoją drogą, to nawet zabawne, że tak skupiamy się zawsze na pozytywach, że tygodniami nie dostrzegamy regresów u Ewy. Ma zły dzień, jest niewyspana, jest przeziębiona albo dopiero wychodzi z przeziębienia, wychodzą jej zęby, jest smutna, bo mama musiała wyjechać. To z kolei jest wytłumaczeniem jej marudnego nastroju, płaczliwości, usztywniania się na wszelkie nowości, braku apetytu, braku chęci na cokolwiek. Jeden zły dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne... Po jakimś miesiącu-dwóch jesteśmy wołani na dywanik do naszej Pani Psycholog, która z niepokojem pyta, czy coś się u nas nie dzieje, bo z Ewą nie da się w ogóle pracować. Czy jest na diecie, bo jeśli nie, to powinniśmy na nią wrócić.

Nie potrafię nigdy powiedzieć, kiedy zaczął się regres, ale zawsze wiem, kiedy się kończy. Ewa wstaje któregoś dnia i ma dobry dzień. Nie ma płaczu przy rozstaniu. Na zajęciach jest super. Drugie śniadanie zjedzone w całości, zupa też, a na kolację wreszcie zjada paprykę, którą z uporem maniaka codziennie jej kroiliśmy, a ona z uporem maniaka ją ignorowała. Następnego dnia to samo. I następnego. W sobotę znowu z entuzjazmem reaguje na propozycję, żeby pojechać na basen. Dobry dzień zamienia się w tydzień, ten z kolei - w kolejne...

W ramach wyprawki do przedszkola mamy przynieść szczoteczkę i pastę. Jestem więc wczoraj w supermarkecie, żeby kupić drugi komplet. Staję przed półką z pastami. Ręka zastyga mi nad Ziajką z jeżykiem, od której nie możemy się uwolnić od ponad dwóch lat. I wtedy przez głowę przebiega mi myśl: "A, zaszaleję!". Biorę wersję z wiewiórką, zobaczymy, co będzie.

Wieczorem Ewa staje jak zwykle przed lustrem. "O, wiewiórka!" - mówi na widok pasty. Tata pomaga jej wycisnąć odrobinę na szczoteczkę. "Niebieska!" Zamieramy oboje. Pasta z jeżykiem jest ciemnoróżowa, niebieska może nie przejść. A Ewa, jak gdyby nigdy nic, zaczyna myć zęby... :)

czwartek, 5 lutego 2015

Narodziny dyktatora

Kojarzycie taki zwyczaj, w którym w dniu pierwszych urodzin dziecka (a raczej - w dniu imprezy z tej okazji:)) podstawia się dziecku kilka przedmiotów, dziecko wybiera, i ten wybór ma w jakiś sposób prognozować jego przyszłość? No więc na urodzinach Gwiazdy też było coś takiego. Ale Ogół postanowił podrasować nieco tę zabawę - oprócz standardowego zestawu "pieniądze, różaniec, kieliszek" doszedł jeszcze złoty zegarek i książka. Książka została wybrana zupełnie przypadkowo. Dopiero później okazało się, że był to "Książę" Machiavellego. Co wybrała Ewa? Oczywiście, książkę... (po czym drugą ręką sięgnęła po zegarek:)).

I gdy dzisiaj natknęłam się na wiadomość, że mądrale z Pentagonu stwierdziły, że Putin ma jakąś formę autyzmu (link), byłam już pewna, że nie może być inaczej - Gwiazda będzie w przyszłości dyktatorem:)

(Albo - astronautą. To ze względu na mało wrażliwy błędnik i - przynajmniej teoretyczną - aspołeczność:))

sobota, 17 stycznia 2015

Buziak

Dnia 17 stycznia 2014 roku, około południa, moja córka Ewa M. dała mi buziaka. Takiego prawdziwego, w policzek, z cmoknięciem. Nie w rękę, na pożegnanie, ale tak w zasadzie bez okazji. Bo poprosiłam :)))

No, może to mieć niewielki związek z faktem, że włączałam jej wtedy bajkę, ale kto by zwracał uwagę na takie szczegóły...:))

piątek, 12 grudnia 2014

:)

Być może to prawie-wyrżnięta-trójka, a może jednak dieta, ale z Ewa jest z dnia na dzień coraz lepiej:) Dzisiaj zrobiła coś, czego nie robiła od bardzo dawna: pomachała mi na do widzenia, powiedziała "papa", a jak posłałam jej buziaka, to odpowiedziała tym samym:))

A może być tylko lepiej - jutro idziemy na pobranie krwi, więc bedzie wiadomo, co można ewentualnie suplementować. Dzisiaj Dawid odwozi próbki na pasożyty - jak coś tam znajdą, to ubijemy. Po Nowym Roku - pewnie wypróbujemy jeszcze dietę bezglutenową, żeby odhaczyć wszystkie punkty na liście. Wyeliminujemy wszystko, co może jej przeszkadzać, więc musi być jeszcze lepiej:)

Cieszę się:)

poniedziałek, 27 października 2014

Ślina

W każdym szanującym się serialu w stylu CSI (wiecie, ktoś kogoś morduje, główni bohaterowie próbują wykoncypować kto) raz na jakiś czas pojawia się scena, w której na miejsce zbrodni przyjeżdżają śledczy, spryskują wszystko luminolem, gaszą światło, zapalają lampy UV i w jednej chwili widać wszystkie plamy po różnego rodzaju płynach ustrojowych (najczęściej krwi - ale nie tylko).

Gdyby ktoś wpadł z luminolem i lampą UV do naszego mieszkania, to zapewniam Was, mielibyśmy oświetlenie niczym w dyskotece:)

Tyle, że naszym problemem jest ŚLINA. Ślina wyciekająca z paszczy Gwiazdy samoistnie, lub zostawiana przez Gwiazdę w różnych miejscach celowo.

Zacznijmy od tego, że w okresach zwiększonej aktywności okołozębowej, śliny jest więcej i kapie. Kapie z paszczy na podłogę, stół, kanapę, cokolwiek znajdzie się pomiędzy gwiazdopaszczą a ziemią. Czasami zamiast kapać - spływa po brodzie aż wyląduje na przodzie koszulki lub wsiąknie w rękaw.

Bez względu na aktywność okołozębową - ślinienie występuje zawsze w trakcie snu. Wtedy w miejscu aktualnego umiejscowienia gwiazdopaszczy, na prześcieradle pojawia się plama. Albo kałuża. Podobno to "rozkoszne ślinienie się podczas snu" Ewa ma po swojej matce. Tak twierdzi Dawid, ja tam mu absolutnie nie wierzę:)

Ślina może też być zostawiania w różnych miejscach jako produkt uboczny celowych działań Gwiazdy. Na przykład, jak postanawia obadać jakiś przedmiot paszczą, pogryźć go czy spróbować, jak smakuje. W ten sposób ślina znajduje się na wszystkich zabawkach, pilotach, telefonach komórkowych czy moich kosmetykach do malowania:)

Czasami ślina niekontrolowanie wycieka z paszczy podczas płaczu. Towarzyszy jej często dodatkowy wyciek z oczu i nosa. Rodzic, który chce utulić w płaczu swoją najdroższą córeczkę, zostaje wtedy z mokrą plamą na nogawce spodni, rękawie czy ramieniu.

Zazwyczaj Gwiazda nie zwraca uwagi na plamy, które pozostawia w różnych miejscach, ale gdy już zarejestruje jej istnienie, to z zaciekawieniem wyciąga palec (wskazujący dłoni lub wielki paluch u stopy - w zależności, który znajduje się bliżej), wtyka go w sam środek kałuży i z miną badacza zaczyna analizować gęstość, temperaturę i lepkość płynu, rozsmarowując go po zastanej powierzchni...

piątek, 10 października 2014

Piąteczek

Ewa ma ostatnio trochę gorszy okres - wychodzą jej zęby i mamy nadzieję, że to jest właśnie przyczyną. Trochę pogorszył się kontakt wzrokowy, zrobiła się bardzo drażliwa, humorzasta. Panie Terapeutki zdecydowały, że wrócą z nią do poprzedniego, łatwiejszego programu. No ale nic, miejmy nadzieję, że to się szybko skończy!

A w weekend ważny moment w życiu każdego niemowlaka - pozbywamy się kojca! To znaczy, nie tak trwałe się pozbywamy, kojec zostanie spakowany i schowany dla potencjalnego, ewentualnego Potomka nr 2:) Bardzo się cieszę, ustrojstwo zajmuje pół salonu:) 

Piąteczek dzisiaj, Wy też się cieszycie? :)

sobota, 13 września 2014

Jak burza

Przedwczoraj pierwsze słowa, wczoraj - pierwsze zdanie. "Tata papa" :)

Wypełniać już aplikację na Harvard? :)

piątek, 12 września 2014

Przechwałki

Muszę się pochwalić, bo jest czym!

Ewa idzie jak burza:) Lista osiągnięć z ostatniego tygodnia jest tak duża, że wczoraj jedna z Pań Terapeutek zapowiedziała zmianę programu dla Ewy (po raptem trzech miesiącach zajęć).

  1. Ewa wypowiada swoje pierwsze słowa. Bardzo rozgadała się po wakacjach, ale mówiła głównie do siebie i w sobie tylko zrozumiałym języku. Teraz zaczyna to nabierać sensu. Już wcześniej udawało jej się czasami powiedzieć coś, co mogłoby mieć jakieś znaczenie (np. „am” albo „mama”), ale nie używała tych słów zbyt często, więc trudno nam było stwierdzić. Ale ostatnio przy robieniu „pa-pa” mówi też „pa-pa”, robi to w większości przypadków. Ze dwa razy zdarzyło się już, że wstała rano jak Dawid był już w pracy – szukała go więc po całym mieszkaniu i mówiła „tatatata”:)
  2. Wczoraj weszła rano na zajęcia z Panią M, wypatrzyła sobie domek dla lalek stojący na parapecie, podeszła tam, wyciągnęła palec i powiedziała „to!”. Pani M i Niania J podobno musiały zbierać szczęki z podłogi. Później próbowały na innych przedmiotach i za każdym razem był paluszek i „to!”. Tak więc komunikowanie potrzeb idzie nam coraz lepiej:)
  3. Pani M twierdzi, że Ewa weszła chyba w jakiś okres „opiekuńczy” – potrafi już udawać, że daje lalkom pić i jeść, bawi się domkiem dla lalek. Z tego względu mają dać sobie spokój z upychaniem klocków w sorterach (komu to do szczęścia potrzebne:)) i wejść na kolejny poziom wtajemniczenia – zabawy w udawanie:) Dziś rano doszłam do wniosku, że z tej okazji chyba trzeba będzie zainwestować w jakiś domek dla lalek:)
  4. Dzisiaj rano podeszła do mnie, ja akurat stałam w kuchni przy zlewie i myłam naczynia. Chwilę wcześniej słyszałam, że robiła kupę, ale chciałam dokończyć myć patelnię, zanim ją przebiorę. No i Ewa podchodzi do mnie, najpierw daje mi kubeczek z piciem, który trzyma w ręce, ja go odstawiam, ale ona ciągle ciągnie mnie za rękę i mówi „eee-eee”. No to pytam, czy chce, żebym jej przebrała kupę – to zaczęła iść w kierunku pokoju, ze mną za rękęJ
  5. Mam też wrażenie, że rozumie sporo więcej niż nam się wydaje. W zasadzie od jej urodzenia dużo do niej mówimy, jak coś robimy, to opowiadamy jej co się dzieje. Ale ona często na to nie reaguje – trudno więc stwierdzić, czy coś rozumie. Bo jak na przykład mówię do niej „Ewa, chcesz banana”, to ona raz przyjdzie, a w pozostałych trzech przypadkach – w ogóle nie zareaguje. Pierwszym komunikatem, który ona bardzo wcześnie załapała i zawsze na niego reagowała, było: „idziemy kąpu-kąpu?” – wtedy zawsze wstawała i meldowała się przy drzwiach do łazienki. Oprócz tego przez długi czas mało było komunikatów, o których wiedzieliśmy, że na pewno je rozumie. Ale dzisiaj w nocy – obudziła się i poszłam do niej. Włączyłam kołysanki, pogłaskałam ją po głowie i mówię, że „mama idzie spać, dobranoc”. Ewa w płacz. Nie chce, żebym szła. No to mówię do niej, że  w takim razie pójdę tylko po kołdrę i położę się u niej na materacu. Wyszłam, a ona nie zapłakała:)

Jest super! 

czwartek, 18 kwietnia 2013

:)

My tu gadu-gadu, a Cytryna właśnie dzisiaj kończy trzy tygodnie:)

Niestety, nie udało nam się dociągnąć do terminu, młoda postanowiła wyleźć cztery tygodnie wcześniej. Prawdopodobnie pobiła przy tym rekord prędkości - ledwo żeśmy zdążyli do szpitala:) Od odejścia wód i pierwszych skurczy do pojawienia się Cytryny "po właściwej stronie" minęły zaledwie dwie godziny. W sumie się cieszę, oszczędziło mi to sporo bólu, z drugiej jednak strony na porodówce było dosyć nerwowo, bo wokół mnie biegało pełno pielęgniarek, położnych, salowych i lekarzy, którzy próbowali w pół godziny wykonać wszystkie te czynności, na które zazwyczaj mają kilka ładnych godzin:) No i okazuje się, że jak poród krótki, to jednak swoje później w szpitalu trzeba odsiedzieć - Cytryna najpierw straciła sporo na wadze, a później wylądowała z żółtaczką w inkubatorze. Tak więc wypisali nas dopiero po tygodniu, święta przyszło spędzić nam w szpitalu:)

Ale po trzech tygodniach mamy już następujące osiągnięcia:

  • po ok. półtora tygodnia przysypiania przy jedzeniu i ogólnego niezainteresowania posiłkami, Cytryna stała się żarłoczna. Powiem więcej, stała się ŻARŁOCZNA :D 
  • w związku z powyższym, przybiera na wadze w tempie ekspresowym, nawet 80-100g dziennie:)
  • kupy też potrafi zrobić... spore:D
  • pozbyła się też pępka
  • zaliczyliśmy pierwsze wylegiwanie się na tarasie i pierwszy spacer. Uwielbia spać na powietrzu:)
  • a dzisiaj zaczęła podnosić główkę:)

Zdolną mamy córkę, nie? :)